Dziękuje za ogrom komentarzy pod ostatnimi rozdziałami...
Wtorek, 17 lipca, 2012
Było jakoś koło godziny trzeciej nad ranem kiedy z przyjemnego snu wyrwał mnie dzwonek mojego telefonu. Miałem ogromną ochotę dać sobie w twarz za to, że go nie wyciszyłem. Przez kilka sekund nie miałem nawet najmniejszego zamiaru go odbierać, chciałem poczekać, aż przestanie dzwonić i wtedy wrócę spokojnie do mojego snu a najlepiej wcześniej jeszcze go wyciszę. Jednak myśl, że Harry się obudzi a potem będzie miał problem z zaśnięciem sprawiła, że szybko sięgnąłem po urządzenie. Odebrałem nawet nie patrząc na ID dzwoniącego.
- Życie ci nie miłe? - syknąłem zdecydowanie niezadowolony z tego, że ktoś dzwoni do mnie o tej godzinie. Mój głos był niewyspany i przesiąknięty jadem.
- Louis? - po drugiej stronie usłyszałem chlipnięcie siostry. Automatycznie zerwałem się do pozycji siedzącej zaniepokojony jej telefonem o tej godzinie oraz roztrzęsionym głosem.
- Lottie? Co się dzieję? - poważnie, zacząłem panikować. Ona płakała.
- Mu-musimy porozmawia-ć. - chlipnęła a moje serce po prostu pękło. Moja mała siostrzyczka. Chciałem przytulić ją przez telefon.
- Jasne, tak. Oczywiście. Mów. - mówiłem chaotycznie i zdenerwowany. Usiadłem na łóżku stopy stawiając na panelach, przeczesałem palcami rozczochrane włosy.
- Tylko... nie przez tele-fon. Prosz-ę. - ponownie chlipnęła.
- To... jak?
- Przyjedź do mnie. - powiedziała już nieco spokojniej.
- Kochanie... Jest trzecia w nocy. - spojrzałem na zegarek; trzecia siedemnaście. - Jutro idę do pracy. Ty też. Więc może...
- Pro-oszę-ę. - zapłakała okropnie. Nie mogłem jej odmówić. Jeśli naprawdę coś się działo musiałem być przy niej. Od czego jest starszy brat?
- Będę za piętnaście minut. - powiedziałem cicho po czym się rozłączyłem. Ja poważnie miałem zamiar jechać do niej o trzeciej w nocy. Tylko... co z Harrym? Jeśli go teraz obudzę już nie zaśnie. A w dzień na pewno też nie. Znam go. Będzie zły albo, co gorsza, rozpłacze się. Do tego nie mogłem dopuścić. Ma twardy sen więc stwierdziłem, że po prostu pojadę do siostry i wrócę zanim on się obudzi. Nic nie zauważy. Tak, taki był mój plan, który na dziewięćdziesiąt procent był dobry. Nie przewidziałem jednak co będzie jak Haz się obudzi. Nie przyszło mi to w ogóle do głowy. Teraz myślałem o Lottie a nie o nim, co było złe. Powinienem to przemyśleć. Ale zamiast tego wstałem z łóżka, stopy wsunąłem w puchate, niebieskie kapcie a na ramiona zarzuciłem szary szlafrok. Wróciłem do łóżka.
- Zaraz wracam. - szepnąłem Harry'emu do ucha po czym ucałowałem go w czoło i chwytając telefon wyszedłem z sypialni. W kuchni z blatu wziąłem kluczyki od samochodu i domu. Już po chwili w pidżamie siedziałem w Range Roverze i jechałem do siostry o trzeciej nad ranem. Poważnie.
Dopiero wtedy uświadomiłem sobie co może się wydarzyć jak Harry się obudzi. Za późno o tym pomyślałem, byłem już minutę przed blokiem Lottie. Starając się odrzucić czarne myśli wysiadłem z samochodu i wszedłem do budynku. Drzwi były już otwarte więc Lottie pewnie widziała jak przyjechałem. Stąpałem szybko po schodach i już po kilku minutach byłem na piątym piętrze. Zapukałem do drzwi z numerem siedemnaście. Odczekałem chwilę i zaraz otworzyła mi moja siostra. Była cała zapłakana, jej oczy były czerwone i podpuchnięte tak samo jak cała twarz, jakby płakała przez całą noc. W ręku trzymała chusteczki. Szybko zgarnąłem ją w ramiona i ucałowałem we włosy. Płakała mi w ramię ale nie przejmowałem się tym. Bolało mnie serce na jej widok. Co takiego się stało, że aż tak to przeżywała? Do głowy przyszła mi myśl, że ona z Niallem to tak jak Dani i Liam... nie! Tego już za wiele. To było niemożliwe. To byłby jakiś absurd.
- Chodźmy do domu. - szepnąłem jej do ucha. Pokiwała lekko głową po czym zamknąwszy drzwi zaprowadziła mnie do swojej sypialni. Nie mieszkała z Niallem. Jeszcze nie. Wiem, że planowali od niedawna zamieszkać u blondyna. To byłoby cudowne.
Usiedliśmy na jej łóżku i mocno ją do siebie przytuliłem. Ona oparła swoją głowę o moje ramię a ja schowałem twarz w jej miękkich blond włosach. Pocierałem delikatniej jej plecy kiedy ona starała się powstrzymać płacz. Czułem jak zaciska dłonie na moim szlafroku. Nadal cała się trzęsła jednak nie słyszałem już szlochu. Jeszcze co chwila pociągała nosem ale nie płakała. W końcu odsunęła się ode mnie, przetarła dłonią mokre policzki i postarała się uśmiechnąć co od razu odwzajemniłem.
- Co jest? Co się stało? - spytałem w końcu. Przełknęła głośno po czym usiadła na przeciw mnie, po turecku. Wzrok utkwiła w swoich dłoniach na jej kolanach.
- Ja i Niall... - zaczęła cicho ale szybko jej przerwałem.
- Nie mów mi tego, proszę. - odparłem już lekko zdenerwowany. Naprawdę? Oni też? Co się dzieje z tymi ludźmi? Teraz to chciałem Niallowi rozkwasić twarz. Koleś chyba postradał zmysły. Moją siostrę tak potraktować? Niech się już boi.
- A-ale.. czego? - zdziwiła się dziewczyna marszcząc brwi. Spojrzała na mnie zdezorientowana a ja westchnąłem głośno.
- Ty i Niall. Rozstaliście się, tak? - zgadywałem. Lottie spojrzała na mnie jakbym co najmniej był jakimś wariatem. Zdziwiłem się. Nie o to chodziło?
- Co? Nie, oczywiście, że nie. Dlaczego tak pomyślałeś? Przecież... kochamy się... - uśmiechnęła się a mi zrobiło się głupio. Czułem jak moja twarz robi się czerwona.
- Ja... nie wiem. Nieważne. - uśmiechnąłem się krzywo. - Więc o co chodzi?
- Ech. - westchnęła głośno i odezwała się po chwili ciszy. - Będziemy mieli dziecko. - powiedziała drżącym głosem. Spuściła wzrok i ponownie była bliska płaczu.
- Naprawdę? - pokiwała głową, ucieszyłem się. To przecież dobra wiadomość. Będę wujkiem. Kolejny dzidziuś w naszej rodzinie. - To wspaniale, Lottie! - krzyknąłem po czym wziąłem ją w swoje ramiona i uścisnąłem mocno oraz ucałowałem w głowę. Naprawdę się cieszyłem. Czułem jakbym to ja miałbym być ojcem.
- Cieszysz się? - wymamrotała zdziwiona w mój szlafrok.
- Oczywiście! Będę wujkiem, ja pierdole... - pisnąłem dusząc ją w swoim uścisku.
- Louis! Nie przy dziecku! - oburzyła się po czym oderwała ode mnie i instynktownie położyła dłonie na swoim brzuszku. Zaśmiałem się.
- Hah, przepraszam. - uśmiechnąłem się co odwzajemniła. - A ty się nie cieszysz?
- Louis... ja mam dwadzieścia lat. Studiów jeszcze nie skończyłam. - posmutniała. - Dostaje marne pieniądze w tej pracy...
- Ale Niall jest na ostatnim roku. - starałem się pocieszyć.
- Tak, ale... Jak zdoła utrzymać rodzinę po studiach tanecznych, co? Tak szybko kariery nie zrobi. Fakt, chce założyć szkołę taneczną. Planował też utworzyć grupę... z Harrym.
- Wiem. - westchnąłem przymykając oczy. Harry chyba już nie ma tego marzenia. Mieli razem z Horanem stworzyć zespół, jeździć na castingi, szukać innych członków. Jeszcze szkoła tańca. Lottie miała racje, Niall nie da rady sam.
- Pomogę wam. - zaproponowałem. Byłem pewny, że tego chcę. Mam dużo pieniędzy i przecież nie zostawię Lottie w potrzebie. - Mama pewnie też się ucieszy z pierwszego wnuka.
- Louis, nie możesz...
- Mogę. - przerwałem jej. - Mogę i chcę. Jesteś moja siostrą. A to będzie mój siostrzeniec czy siostrzenica. - uśmiechnąłem się do dziewczyny. - Od razu zamawiam wujka chrzestnego. - uniosłem palec do góry a ona zachichotała.
- Dobrze. Dobrze, dziękuję... - westchnęła i wpadła mi w ramiona, objąłem ją mocno. Przecież nie pozwoliłbym, żeby wyleciała na ulicę z dzieckiem. Mogą nawet u mnie zamieszkać. Zrobię wszystko, by jej i dziecku i Niallowi pomóc.
- Czego się bałaś? - spytałem po dłuższej chwili ciszy.
- Hmm? - mruknęła cicho. Nadal tuliła mi się do piersi. Kątem oka widziałem, że jej powieki opadły. Była już spokojna i chyba bliska zaśnięciu.
- Dlaczego płakałaś. - sprostowałem. Spięła się. Przez moment się nie ruszała i chyba wstrzymała też oddech. Po długich sekundach postanowiła się ode mnie odsunąć ale nie za daleko. Odwróciła twarz tak, by na mnie nie patrzeć.
- Myślałam, że będziesz zły. - powiedziała drżącym głosem. Chciałem się odezwać ale przerwała mi. - To po pierwsze. Myślałam, że stwierdzisz, że jesteśmy nieodpowiedzialni. Ale to się po prostu stało. - ciaśniej objęła swój brzuch. - Po drugie, wiem, że z Niallem nie mamy odpowiednich warunków na utrzymanie niemowlaka. Tego boje się najbardziej. I po trzecie, nie chcę, żeby mama się zawiodła. Jestem jeszcze młoda, bardzo. Czuję, że mama będzie zła. Mówiła już wcześnie, ostrzegała mnie, że mam jeszcze dużo czasu. Nie skończyłam studiów. Jesteśmy z Niallem dopiero dwa lata, od półtora roku tak poważnie. A mama za nim nie przepada. - jej głos trząsł się coraz bardziej a jej oczy zapełniały się łzami. Miała racje tak w połowie. Mama tak mówiła. Że o dziecku ma myśleć dopiero po szkole, jak już znajdzie dobrą pracę. Nie podobało się jej też, iż Niall mógłby zostać jej zięciem. Ale hej! Nie zrobiła niczego w związku z tym, że jej jedyny syn jest homoseksualny więc co może zrobić córce w ciąży? Mnie się nie wyrzekła, więc Lottie tym bardziej.
- Hej, kochanie. - przybliżyłem się do niej i wziąłem ją w swoje ramiona. - Nie myśl tak. Może i mama tak mówiła. Ale stało się. I myślisz, że co zrobi? Wyrzuci cię z domu? Przecież już się wyprowadziłaś. Jesteś już samodzielna. Może na początku będzie zła. Ale przejdzie jej. Będzie miała wnuka. Doczekała się czasu kiedy jej dziecko, córka, sama ma dziecko. Ode mnie ich nie dostanie, więc...
- Louis. - przerwała mi. U nas to chyba rodzinne, wchodzić wszystkim w słowo. - Przecież możesz mieć dzieci. Możecie. - uśmiechnęła się słabo zmieniając temat. Najwyraźniej już ją przekonałem.
- Nie...
- Od czego jest adopcja? - ponownie się wtrąciła. - Macie dobre warunki, nawet bardzo dobre. Masz super pracę, duży dom, kupę kasy...
- I chłopaka. - dokończyłem za nią. - Rzadko pozwalają parom homoseksualnym na adopcję. A nawet jeśli to jest kupa papierów do wypełnienia, jakieś głupie wizytacje, długo się czeka. - zacząłem wymieniać i mój dotychczasowy uśmiech znikł. Naprawdę jednym z moich marzeń było posiadanie dzieci z Harrym.
- Ale jednak. Uda wam się, na pewno.
- Lottie. Okej, w porządku. Może kiedyś. - odwzajemniłem jej uśmiech. - Ale Harry ma dopiero osiemnaście, jest w drugiej klasie. To nie czas na dzieci. - zaśmiałem się a Lottie mi wtórowała.
- Dobrze. - zgodziła się. Poprawiła się na swoim miejscu. Ściągnęła gumkę z nadgarstka i związała swoje złociste kosmyki po czym przysunęła do mnie.
- Uspokoiłem twoje nerwy? - spytałem tuląc jej drobne ciałko do siebie. Pokiwała delikatnie głową. Uśmiechnąłem się.
Kurde. Będę wujkiem. Dopiero zdałem sobie z tego sprawę. Lottie urodzi maleńkie maleństwo. Niall będzie tatą. My będziemy wujkami, mama będzie babcią, dziewczynki ciociami. Harry jeszcze będzie miał braciszka. Boże, tyle się działo w tak krótkim czasie. Tyle dobrego. Haz się w końcu z tatą zobaczy. Niall i Lottie założą rodzinę. Ale mimo wszystko czułem, że to tylko chwilowe. Przecież Harry... dziś mieliśmy umówioną wizytę u psychologa. Jeszcze tyle nas czeka. Przecież to się dopiero zaczęło. Z Harrym jest źle. Wszyscy to już wiedzieli. No prawie. Dzieci tego nie załatwią. Chociaż... może jak Desmond przyjedzie to jakoś pogada z synem? Może on coś zdziała? Wiedziałem, że muszę z nim porozmawiać. W końcu to jego syn, z którym jest naprawdę bardzo blisko. Wie o nim praktycznie wszystko. Powinien zauważyć, że coś jest nie tak, prawda? Powinien nam pomóc.
Nawet nie zauważyłem kiedy Lottie zniknęła w kuchni. Widziałem jak szykuje nam coś do picia. Nie mogłem długo zostać. Wyciągnąłem telefon, by sprawdzić godzinę. Była za dwadzieścia piąta. Powinienem był już wracać, przespać się tę godzinkę i szykować się do pracy. A Harry... jeśli się obudził... Bałem się myśleć co się stanie. Jak on się poczuje jak obudzi się w nocy a mnie w ogóle nie będzie w domu? Nie mogłem do tego dopuścić. Musiałem już iść. Wstałem więc z łóżka siostry i poszedłem do niej do kuchni, gdzie już zalewała wrzątkiem rozpuszczalną czekoladę. Odchrząknąłem delikatnie, by zwróciła na mnie uwagę.
- Lottie. - powiedziałem cicho. - Muszę już iść.
- Ale... właśnie zrobiłam nam gorącą czekoladę. Myślałam, że jeszcze pogadamy... - posmutniała ale nic nie mogłem z tym zrobić.
- Przepraszam. Harry na mnie czeka. Jeśli się obudził a mnie nie ma..
- No tak. - uśmiechnęła się słabo. - Tak, pewnie, jedź do niego. Sama się o niego boję. - wzięła swój kubek z napojem i usiadła do stołu. Wzrok zatrzymała w jednym punkcie.
- Dasz sobie radę prawda? - spytałem nachylając się do niej. Pokiwała lekko głową po czym ucałowałem ją w policzek. - Cześć. - powiedziałem z uśmiechem i kiedy mi odpowiedziała wyszedłem po cichu z jej mieszkania. Wtedy czym prędzej zbiegłem po schodach ile sił w nogach. Wpadłem do samochodu, w duchu modląc się, by nie było jak w filmach, że pojazd nie chce odpalić. Na szczęście tak nie było. Z piskiem opon odjechałem spod bloku i ruszyłem w kierunku domu mojego i Harry'ego.
Kiedy byłem już na miejscu wpadłem do domu niczym burza. Jednak po chwili zachowałem spokój. Jeśli Haz śpi to przecież nie chciałbym go obudzić. Zachowywałem się więc bardzo cicho idąc na górę. Schody trochę skrzypiały ale to nie mogło obudzić mojego chłopaka. Drzwi od naszej sypialni były uchylone co mnie zaniepokoiło, bo wychodząc zamknąłem je. Z niesamowicie szybko bijącym sercem wszedłem do pokoju. Zatrzymałem się zanim zdążyłem przekroczyć próg drugą nogą. Nie było go. Świetnie.
Przełknąłem głośno po czym wycofałem się z pomieszczenia. Złapałem się za włosy i westchnąłem. Byłem zdenerwowany i przestraszony jednocześnie. Nie mogłem uporządkować myśli. Głowę zaprzątało mi tylko jedno słowo. Jedno imię. harryharryharryharryharry. Gdzie on do cholery mógł być. Nie wyszedł z domu. Był więc tutaj. Pierwsze o czym pomyślałem to łazienka. Nie wiem dlaczego, tak po prostu. Podszedłem wiec do niej, gdyż była zaledwie kilka kroków od naszej sypialni. Przyłożyłem do niej ucho i zacząłem nasłuchiwać. Żadnych dźwięków. Głucha cisza. Ale to nie odebrało mi nadziei. Naparłem na drzwi a one ani drgnęły. Były zamknięte na klucz. Harry tam był. Zdziwiło mnie to jednak, gdyż światło nie było zaświecone. Było tam tylko bardzo malutkie okienko niemalże przy suficie. Ale nie myślałem teraz o tym. To nie było ważne. Najważniejszy był Harry, który się tam zamknął.
- Harry? - odezwałem się cicho po czym zapukałem delikatnie w drewno. - Skarbie, wiem, że tam jesteś. Możesz mi otworzyć? - nawet po dłuższej chwili nie otrzymałem odpowiedzi. Zapukałem ponownie. - Harry, proszę cię. Otwórz mi. Wszystko ci wytłumaczę. - odezwałem się trzęsącym głosem. Naprawdę byłem bliski płaczu. Byłem wściekły na siebie. To ja do tego doprowadziłem. Zamiast gasić ogień to jeszcze go podniecałem. Co było ze mną, kurwa nie tak?
Usiadłem pod drzwiami opierając się o nie plecami. Kolana podciągnąłem do klatki piersiowej a głowa uderzyła w drewno. Znów zapukałem. Poczułem jak łza spływa po moim policzku. Łazienka była zamknięta. Światło zgaszone. Harry się nie odzywał. O czym mogłem pomyśleć w tej chwili? Tak cholernie się o niego bałem. Modliłem się, by niczego sobie nie zrobił. Ciągle wołałem do niego ale mi nie odpowiadał. Rozryczałem się, naprawdę. Byłem przerażony myślą, że mogłem go teraz stracić. Nie potrafiłem złapać oddechu. Cały się trząsłem a łzy spływały po moich policzkach jedna po drugiej.
- Do jasnej cholery, możesz się w końcu odezwać?! - krzyknąłem zrozpaczony i wydałem z siebie żałosny jęk bólu. Płakałem tak głośno, że Haz na pewno mnie usłyszał. Moje serce krzyczało. - Harry, proszę... - pisnąłem obejmując nogi ramionami i chowając twarz w kolanach. Po chwili usłyszałem kliknięcie przekręcanego zamka na co mój szloch się zatrzymał. Drzwi się nie otworzyły wiec wstałem gwałtownie po czym cisnąłem klamką w dół. Moim oczom ukazał się Harry. Jego twarz była zapłakana. Ręce były zgięte w łokciach a dłonie trzymał przed brzuszkiem niczym królik. Dopiero po sekundach zauważyłem, że w jednej z nim coś trzymał.
- Harry... - szepnąłem cicho i sięgnąłem po jego chłodną dłoń. On zamknął oczy i odwrócił głowę. Spomiędzy jego zimnych, bladych paluszków wyjąłem ostrą żyletkę. - Mój Boże. - szepnąłem przerażony, zakrywając dłonią usta. Moje oczy znów wypełniły się łzami i ogarnęło mnie poczucie winy. Szybko sięgnąłem po drugą rękę i obie obróciłem tak, by widzieć nadgarstki. Czyste. Harry się rozpłakał a ja przyglądałem się mu, sunąłem wzrokiem po całym nagim ciele w poszukiwaniu ran. Nic takiego na szczęście nie zauważyłem.
- Kochanie. - powiedziałem cicho drżącym głosem. Spojrzał na mnie zapłakanym wzrokiem. Jego bródka trzęsła się a moje serce bolało.
- Nie zrobiłem tego. - odezwał się bardzo cicho, ledwo słyszalnie. Kamień spadł mi z serca. Uśmiechnąłem się blado po czym wyrzuciwszy żyletkę zgarnąłem go w swoje ramiona. Znów się rozpłakał.
- Boże... kochanie. Już dobrze. No już, nie płacz. Jestem tu. - szeptałem mu we włosy i co każde zdanie całowałem go w nie. On natomiast drżał w moim uścisku. Naprawdę byłem na siebie okropnie zły, że doprowadziłem do takiej sytuacji. To była teraz moja wina. Tylko i wyłącznie moja. Wyrzuty sumienia zjadały mnie od środka. Harry płakał przeze mnie i to bolało najbardziej. Skrzywdziłem go. Mojego malutkiego Harry'ego, który teraz płakał w moich ramionach. Jego ciałem wstrząsały dreszcze a on nie potrafił się uspokoić.
W końcu zaprowadziłem go do naszej sypialni. Ułożyliśmy się razem pod kołdrą; Haz leżał na mojej piersi i mocno obejmował w pasie. Ja nos schowałem w jego loki i jedną dłonią głaskałem jego a drugą głaskałem go po spiętych plecach. Nie wiedziałem jak zacząć rozmowę. Jedyne co przychodziło mi na myśl to:
- Przepraszam. - powiedziałem tak cicho, że obawiałem się czy mnie usłyszał.
- Mmm. - mruknął rozwiewając moje wątpliwości.
- Naprawdę, kochanie. Tak strasznie przepraszam. - myślałem, że zaraz znów się rozpłaczę. Zacisnąłem powieki, by nie pozwolić wypłynąć łzom.
- Gdzie byłeś? - spytał cichutko. Jego głos wciąż drżał ale już nieco mniej i był wyraźniejszy. Zanim się odezwałem westchnąłem głośno i oczyściłem swój głos.
- U Lottie. Zadzwoniła do mnie po trzeciej, że chce ze mną porozmawiać i kazała mi przyjechać. Płakała więc...
- Dlaczego mnie nie obudziłeś? - przerwał mi, z wyrzutem.
- Bo wiem jaki masz sen. Potem już byś nie mógł zasnąć. Byłbyś rozdrażniony i...
- Mimo wszystko mogłeś mnie obudzić. Powiedzieć, że musisz jechać do siostry. - przerwał mi ponownie. Ton jego głosu mówił, iż znów jest bliki płaczu. - Wiesz jak się czułem? Budzę się w nocy a ciebie nie ma. Pomyślałem, że może jesteś w kuchni albo w łazience. To tam poszedłem. Ale nigdzie cię nie było. - chlipnął. - Zamknąłem się w łazience. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Dlaczego ciebie nie ma. Co się stało. I znalazłem żyletkę. Chciałem tylko przestać płakać i się uspokoić. Ale wtedy ty wróciłeś. I było mi o wiele lepiej. Nie zrobiłem tego... - przerwał, by wziąć drżący oddech i zacisnął palce na mojej koszuli. - Ale jestem zły, słyszysz? - zapłakał wtuliwszy się we mnie. Objąłem go mocno a po moich policzkach spłynęły łzy.
- Wiem, kochanie. Rozumiem. Ale tak bardzo przepraszam. Nie chciałem, żeby tak wyszło. Przepraszam. - powiedziałem na wdechu i schowałem twarz w jego loczkach.
- W porządku. - powiedział cicho, już dużo spokojniej.
- Kocham cię. - szepnąłem po czym odnalazłem jego dłoń i splotłem razem nasze palce.
- A ja kocham ciebie. - mruknął spokojnie. Ucałowałem go w głowę i powtórzyłem znów te dwa słowa i ponownie go cmoknąłem. Usłyszałem jak Harry się uśmiecha w moją koszulę.
Po chwili słyszałem tylko jego równomierny oddech i czułem na żebrach bicie jego serca. Zasnął nawet nie wiem kiedy. Ja nie zmrużyłem oka do rana. Złość na siebie wciąż mnie nie opuszczała. Wiedziałem, że poczucie winy będzie jeszcze długo mi towarzyszyć. Skrzywdziłem Harry'ego. Ja go skrzywdziłem. I to cholernie bolało.
||PDC||
O godzinie szóstej, kiedy zadzwonił mój budzik, Harry jeszcze spał, wtulony w mój bok. Jego loki rozsypały się na poduszce, usta były rozchylone i wydobywał się z nich ciepły oddech. Szybko wyłączyłem telefon, by go nie obudzić. Delikatnie wyswobodziłem się z jego uścisku i pod główkę wsunąłem mu poduszkę, która miała zastąpić moje ramię. Po wykonaniu porannej toalety ubrałem się w tradycyjną błękitną koszulę, czarną marynarkę i szare rurki. Zszedłem do kuchni, by przygotować sobie śniadanie do pracy jak i na teraz. Kiedy odkładałem produkty na swoje miejsce ktoś zapukał. Wiedziałem, że to Dani więc bez namysłu ruszyłem w kierunku wyjścia z domu.
Przepuściłem ją w drzwiach po czym przytuliłem na powitanie. Jej humor nadal nie był w najlepszym stanie. Uśmiech nie gościł na jej ustach a oczy wciąż były smutne. Może i to prawda, że odsunęli się od siebie, ona i Liam. Ale byłem pewny, że Danielle bardzo za nim tęskni. Byłem tylko ciekaw co Payne o tym myśli, czy jemu też brakuje dziewczyny. Jeśli tak, to po co im to było? Jeżeli za jakiś czas nie zobaczę ich znów razem to pobawię się w swatkę.
Zjedliśmy razem śniadanie. W międzyczasie opowiedziałem jej co działo się dziś w nocy. Powiedziałem jej, że Harry zapewne będzie dziś długo spał. Ona natomiast starała się mnie zapewnić, że to nie moja wina, iż tak się stało. No, przynajmniej nie całkowicie. Kazała mi się tak tym nie przejmować i pocieszyła faktem, że dziś mamy kolejną wizytę u psychologa. Na tę myśl zrobiło mi się lepiej. Na pewno opowiem dziś Alice o zaistniałej kilka godzin temu sytuacji. Byłem ciekawy co ona o tym sądzi. I przez całe osiem godzin pracy myślałem tylko o tym: o wizycie u pani psycholog.
Kiedy nadeszła ubłagana godzina; piętnasta piętnaście, zebrałem wszystkie swoje rzeczy i pognałem do wyjścia. Jeszcze pożegnałem się z Margie, która dziś nie zdążyła mi opowiedzieć jak rozwija się jej sytuacja z przyjaciółką - obiecałem jej rozmowę, jak najszybciej. Widziałem, że bardzo chciała mi się zwierzyć. W końcu kiedy już siedziałem w samochodzie i go odpaliłem, ruszyłem ulicami Londynu, w kierunku mojego domu i Harry'ego. To tak pięknie brzmiało w mojej głowie: dom mój i Harry'ego. Nasz dom.
Po pół godzinie byłem już na miejscu. Od samego rana targały mną nerwy i teraz pilnie potrzebowałem mocnej kawy chociaż takowej nie pijam. Postanowiłem sobie w głowie, że jadąc do psychologa zajadę do Starbucksa, by kupić napój. W salonie siedział już na kanapie uszykowany Harry. Jego humor był chyba nawet gorszy od humoru Danielle. Ale oboje byli przybici i w pomieszczeniu było naprawdę ponuro.
Podszedłem najpierw do brunetki i ucałowałem ją w policzek. Następnym, lepszym celem był mój chłopak. Nogi miał podwinięte pod pośladki a wzrok miał wbity w swoje dłonie leżące na jasnych spodniach. Usiadłem obok niego i objąłem go ramieniem po czym złożyłem mokrego buziaka w kąciku jego ust. Uśmiech pojawił się na jego buźce ale jak szybko się pojawił tak szybko znikł. Sfrustrowany ująłem jego twarzyczkę w obie dłonie i nakierowałem na swoją. Przyjrzałem się jego smutnym oczom i coś ukuło mnie w okolicy serca. Zagryzłem wargę przyglądając się mu a on spuścił wzrok. Nie chciałem jeszcze bardziej go dobijać więc położyłem swoje usta na jego i zacząłem całować go leniwie. Dopiero po chwili zaczął oddawać pocałunek co mnie trochę zmartwiło. Moje mokre wargi przesuwały się delikatnie po jego i w końcu usłyszałem cichy jęk przyjemności. Zrobiło mi się lepiej, bo Harry'emu się podobało.
- Przepraszam. - powiedziałem kolejny raz dzisiejszego dnia. Harry pokręcił głową.
- Już nie przepraszaj. Nie jestem zły. - posłał mi słaby uśmiech.
- Ale jesteś smutny. - odparłem na co on wzruszył jedynie ramionami. Widziałem, że nie chce o tym rozmawiać więc go nie naciskałem. Porozmawia z Alice.
Sięgnąłem po jego dłoń i poprowadziłem na korytarz. Miał już buty na stopach więc wystarczyło jedynie wyjść. Ale przyjrzałem mu się jeszcze: loki były roztrzepane, bardziej niż zazwyczaj a twarz smutna. Włożył na siebie czarną koszulkę z jakimś napisem po francusku i spodnie w kolorze plażowego piasku. Wyglądał ślicznie jeśli nie zwróciło się uwagi na zdołowany wyraz twarzy.
Wyszliśmy razem z Danielle. Postanowiłem odwieźć dziewczynę, gdyż jej mama mieszkała po drodze. Kupiłem też w Starbucksie kawę dla siebie i czekoladę z mlekiem dla Harry'ego. Wyglądał na uradowanego kiedy przyjął ode mnie napój ale mogło mi się tylko wydawać. Po dziesięciu minutach byliśmy już przed budynkiem, w którym pracowała Alice. Spojrzałem na mojego chłopaka. W dłoniach trzymał pusty kubek po czekoladzie i uparcie się w niego wpatrywał.
- Denerwujesz się? - spytałem odbierając mu plastik. Kiwnął lekko głową.
Odczekaliśmy chwilę zanim wysiedliśmy z samochodu. Wyrzuciłem pojemniki po napojach do najbliższego kosza po czym chwyciłem Harry'ego za dłoń. Widziałem jak prawy kącik jego ust drga lekko co sprawiło, że moje serce przyśpieszyło swoje tętno. Nawet takie małe gesty mnie cieszyły, ponieważ one cieszyły Harry'ego, nawet kiedy był w okropnym humorze.
Usiedliśmy w miękkich fotelach a przed nami pojawiła się Alice. Splotła swoje dłonie i położyła je na biurku przyglądając się nam. Widziałem, że próbowała odczytać cokolwiek z naszych twarzy i chyba się jej to udało, bo po chwili pokręciła głową, posmutniała i spojrzała na mnie wymownie. Och. Czyli miałem zacząć.
-Dziś my... - spojrzałem na Harry'ego. - Źle zrobiłem.
- Louis. - chłopak się wtrącił.
- Nie, Haz. Daj powiedzieć. - Alice spojrzała na mnie dociekliwie. - Nie pomyślałem o konsekwencjach. Moja siostra zadzwoniła do mnie w nocy, bym do niej przyjechał. Od razu wsiadłem w samochód. Nie budziłem Harry'ego, bo wiem jaki ma sen. - spojrzałem na niego, Haz patrzył w przeciwną stronę jednak nasze dłonie wciąż były splecione. - Była trzecia w nocy, potem już by nie zasnął. Byłby rozdrażniony i nie w humorze. Nie chciałem tego. Ale nie pomyślałem co się stanie jak się obudzi a mnie nie będzie. I tak się właśnie stało. - urwałem biorąc głęboki oddech. Spojrzałem na Alice; wpatrywała się w Harry'ego, który zaciekle wbijał wzrok w kwiatka przy ścianie. Zauważyłem, że jego dłoń bardzo delikatnie trzymała moją.
- Tak, i co dalej? - kobieta spojrzała na mnie i posłała lekki uśmiech. - Kontynuuj.
- Wróciłem do domu a on był w łazience. Zamknięty. - przełknąłem głośno. Na samą myśl o tym chciało mi się płakać. Nie chciałem przypominać sobie tego wszystkiego. Nie miałem ochoty o tym rozmawiać. Ale musiałem. - Nie odzywał się bardzo długo. Przestraszyłem się. Naprawdę okropnie się bałem. - poczułem jak moje oczy zachodzą łzami a jedna spływa po policzku.
- Louis. - westchnął Haz ściskając mocno moją dłoń. Wiedziałem, że nie chciał bym o tym mówił i wiedziałem, że jest mu mnie żal. Zignorowałem to.
- Ale otworzył mi w końcu. - kontynuowałem. - Był cały zapłakany. - wziąłem drżący oddech. - Trzymał... żyletkę. W dłoni.
- Żyletkę? - zdziwiła się Alice. Jej oczy zrobiły się duże i od razu spojrzała na Harry'ego, który ponownie patrzył w inne miejsce. Ja pokiwałem głową. Chciałem się znów odezwać jednak ona mi przerwała.
- Dobrze. Louis? Teraz chcę porozmawiać tylko z Harrym. - powiedziała uważnie wpatrując się w mojego chłopaka. - Zostawisz nas samych, prawda? - w odpowiedzi kiwnąłem głową. Wstałem nadal trzymając dłoń Harry'ego. Podszedłem do niego i ująłem jego twarz. Nie patrzył na mnie ale nie przejąłem się tym. Ucałowałem go w kącik ust po czym wyszedłem do pomieszczenia obok.
Usiadłem na kanapie podpierając łokcie na kolanach i schowałem twarz w dłoń. Po chwili się rozpłakałem. To było dla mnie za dużo. Naprawdę, ta cała sytuacja z Harrym przerastała mnie. Miałem już dość. Nie mogłem patrzeć na takiego Harry'ego. Okropnie mnie to bolało. To jak patrzyłem w jego oczy i widziałem smutek oraz ból. On cierpiał a ja nie wiedziałem dlaczego. Nikt nie wiedział. Tylko on sam. A my chcieliśmy mu pomóc więc czemu nic nie chciał nam powiedzieć, wytłumaczyć swojego zachowania? Czemu musiałem patrzeć na jego krzywdę i czuć się takim bezsilnym? Nie mogłem mu pomóc, nie wiedziałem jak to zrobić. A tak bardzo chciałem. Harry był moim aniołkiem i naprawdę szczerze miałem gdzieś co myśleli o tym Zayn, Niall czy Danielle. Nie obchodziło mnie ich zdanie. Nie obchodziło mnie to, iż uważali, że jestem nadopiekuńczy, że traktuje Harry'ego jak dziecko. Miałem swoje powody, do jasnej cholery! Nie widać? On cierpiał, mój aniołek cierpiał a ja miałem tak na to patrzeć? Przecież musiałem mu pomóc. Gdybym tylko mógł, przejąłbym od niego te wszystkie krzywdy na siebie. On był taki delikatny, taki kruchy i ten kto go skrzywdził zasługiwał na wszystko co najgorsze.
Oparłem się plecami o oparcie kanapy i postarałem się uspokoić. Wyrównałem trzęsący się oddech oraz wytarłem mokre policzki. Byłem pewny, że moje oczy są czerwone i opuchnięte, gdyż płakałem dłuższą chwilę. Miałem więc nadzieje, że będą rozmawiać jeszcze trochę, by mój wygląd mógł wrócić do normy. Nie chciałem, by Haz zobaczył, że miałem tę chwilę słabości. Nie mogłem mu pokazać, że byłem słaby, w ten sposób byłoby mi jeszcze trudniej mu pomóc. On nie mógł tak myśleć. Musiałem być dla nas silny.
W ogóle nie słyszałem o czym rozmawiali. Drzwi nie przepuszczały żadnego dźwięku co jednak mnie cieszyło. Nie chciałem tego słyszeć. Nie miałem nawet najmniejszej ochoty. Harry pewnie z ogromną trudnością odpowiadał na pytania Alice a ona zapewne mocno nalegała i twardo czekała na odpowiedź; zapisywała wszystko co Harry powiedział i nie spuszczała z niego wzroku. Obserwowała jego zachowanie i emocje. Na pewno widziała w nim wszystko, a przynajmniej więcej niż ja. I czekałem tylko na jej odpowiedź, aż wszystko mi wytłumaczy, powie jaka jest przyczyna. O tym marzyłem najbardziej. Chociaż... nie. Wtedy chciałem Harry'ego w swoich ramionach. I już nigdy go nie wypuszczać.
Drzwi się otworzyły i pojawiła się Alice. Spojrzała na mnie tylko, bez żadnych emocji, bez żadnego uśmiechu. Wstałem bez słowa i wróciłem do gabinetu kobiety. Harry siedział w tym samym fotelu, wzrok miał wbity w swoje kolana i nerwowo bawił się palcami swoich dłoni.
Usiadłem na swoim poprzednim miejscu i spojrzałem na Alice. Ona stała i patrzyła na mnie bez żadnego wyrazu. Przestraszyłem się. Szybko wstałem i podszedłem do niej.
- Coś nie tak? - spytałem zerkając nerwowo na Harry'ego.
- To koniec wizyty, Louis. - w końcu uśmiechnęła się do mnie lekko.
- Ale jak to? Nie... powiesz mi...
- Pozwól, że tym razem zachowam to dla siebie.
- Co?
- Harry mnie o to poprosił. I za każdym następnym razem. Wszystko zachowam dla siebie.
- Ale... ale jak to? - jąkałem się. Co to było? Harry nie chciał bym wiedział. Czułem się źle.
- Nie miej mu tego za złe, proszę. Rozumiem go i uszanowałam jego decyzję. Harry po prostu nie chce, byś znał przebieg naszych rozmów. A ty się nie złość na niego. On ciebie potrzebuje. - oboje usłyszeliśmy pociągnięcie nosem i spojrzeliśmy na Harry'ego. Płakał. Szybko do niego podszedłem, pomogłem mu wstać i wziąłem go w swoje ramiona.
- Ciiii. - szepnąłem mu do ucha i ucałowałem we włosy. - Nie płacz, kochanie. Jest w porządku. Rozumiem, naprawdę. Nie płacz. - powiedziałem spokojnie, bo to była prawda. Jeśli on tak chciał, jeśli to miało mu pomóc to w porządku. Nie miałem mu tego za złe.
Minęła chwila zanim się uspokoił. Widziałem jednak, że jest mu przykro, iż tak mnie potraktował. Ale ja miałem zamiar mu udowodnić, że nie jestem zły. Wyszliśmy od Alice, wcześniej żegnając się z nią. Wróciliśmy do domu i tam spędziliśmy wieczór, przytulając się do siebie. Ja natomiast zapewniałem Harry'ego, że to jest w porządku. Szanuję jego decyzję. Skoro on tak chce a to ma nam pomóc to okej. Niech tylko Alice wszystko rozwiąże i niech Harry już się uśmiechnie do mnie szczerze, przestanie płakać... Niech już będzie ze mną szczęśliwy.
pdc
sobota, 17 maja 2014
poniedziałek, 5 maja 2014
Rozdział 11. - Coś jest nie tak.
Dialogi, dialogi i jeszcze raz dialogi. Przepraszam. Lubi ktoś dialogi?
I mało Larry'ego. W ogóle rozdział do dupy. Nudny...
Poniedziałek, 16 lipca, 2012.
Nienawidzę poniedziałków. Wstawanie o szóstej rano i patrzenie jak mój Harry słodko śpi jest jednocześnie wspaniałe i okropne. Wspaniałe, ponieważ Haz jest uroczy kiedy śpi (w sumie to zawsze jest uroczy) i kocham patrzeć na niego wtedy a okropne, ponieważ on może sobie jeszcze pospać a ja muszę wstać do pracy. Nie żebym nie lubił swojej pracy, bo lubię, ale jak już wcześniej gdzieś wspominałem, wolałem projektować a nie oceniać projekty innych. Sam bym chciał, tak jak oni, tworzyć a później swoje dzieło dać do oceny i być dumnym. Praca papierkowa nie była taka cudowna jak twórcze myślenie. Pomijając dobrą płacę, nie wiem dlaczego zgodziłem się na przeniesienie mnie na stanowisko wiceprezesa. Byłem czwarty na podium jeśli chodzi o ranking najważniejszych osobistości w tej firmie. Czy to było takie fajne? Nie wiem.
Niechętnie wstałem z łóżka stawiając bose stopy na chłodnych panelach. Niemniej jednak było to przyjemne, gdyż było mi okropnie gorąco po śnie w lipcu z zamkniętymi oknami w całym pomieszczeniu. Było po prostu duszno. Odwróciłem się do Harry'ego i zdziwiłem się nieco widząc na jego odkrytej, mlecznej skórze gęsią skórkę. Mój chłopak był zmarzluchem, tak, ale że aż takim to nie wiedziałem. Sięgnąłem więc po kołdrę skopaną w tyłach łóżka i zakryłem nią jego drobne ciałko po samą szyję. Nachyliłem się do jego buźki i złożyłem delikatnego całusa na policzku i nieco dłuższego na czole. Przeczesałem dłońmi jego roztrzepane loki i na koniec szepnąłem mu, że go kocham.
Podszedłem do dużej szafy i otworzyłem ją. Nie miałem dziś ochoty na garnitur więc wyciągnąłem czarne, megaobcisłe rurki i białą koszulę. Jeszcze tylko czarne skarpetki i z takim zestawem wszedłem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic jednocześnie rozluźniając się. Zmyłem z siebie cały sen a moje mięśnie były gotowe do pracy. Wytarłem się, aż do czerwoności po czym założyłem wcześniej przygotowane ubrania. W końcu przyszedł czas na włosy. Dziś wyjątkowo wyglądały dobrze więc potraktowałem je tylko lekkim żelem układając na prawy bok. Spryskałem się nowymi perfumami Calvina Kleina i w końcu zszedłem do kuchni na śniadanie. Nastawiłem wodę na herbatę i w międzyczasie przygotowałem sobie cztery kanapki z sałatą, szynką i pomidorem do pracy. Do tego zestawu dołączyłem jogurt bananowy i batona zbożowego. Zalałem herbatę, dosypałem dwie łyżeczki cukru i zabrałem się za posiłek, który miałem zjeść w tej chwili. Zdecydowałem się na zwykłe tosty z serem i ketchupem. W końcu zasiadłem spokojnie do stołu i rozpocząłem konsumpcję.
Rozkoszując się posiłkiem przeglądałem poranne wiadomości w moim telefonie. W tej chwili czułem się jak czterdziestolatek. Nie mogłem uwierzyć samemu sobie, że interesują mnie newsy z rana. Że w ogóle mnie coś takiego interesuje. Fakt, wieczorem z Harrym zawsze oglądamy ITVNews, żeby ogólnie wiedzieć co dzieje się na świecie i w kraju. Ale dziś jest pierwszy dzień kiedy z rana przeglądam wiadomości i czytam o Davidzie Cameronie. Zawsze grałem w jakieś nic nie warte gierki a teraz... naprawdę czułem się staro. Jednak myśl, że mój chłopak ma osiemnaście lat trochę poprawiła mi humor. W końcu mam w tym roku dwadzieścia sześć lat a nie sześćdziesiąt dwa. Uznałem po prostu, że to przypadek, iż interesuję się polityką Anglii. To pewnie tylko dziś. Jestem nieco rozkojarzony i nie mam nawet ochoty wstać od stołu. Tak, to pewnie dlatego.
Po skończonym posiłku i czterech rundkach w Angry Birds byłem już gotowy do pracy. Była za dwie minuta siódma, zawsze potrzebuję mniej więcej tej godzinki, by dojechać do pracy. Nauczyłem się tego już pierwszego dnia kiedy zacząłem pracować i spóźniłem się ponad godzinę ze względu na kroki. Ledwo ubłagałem Paula, by dał mi jedną szansę a na pewno się poprawie i on nie będzie żałował. A teraz proszę - wiceprezes.
Martwiło mnie tylko to, że Danielle jeszcze nie było. Przeważnie kiedy szykowałem sobie śniadanie ona już przychodziła. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłem, że pewnie zaspała lub zatrzymały ją korki. Później więc, w pracy, zadzwonię czy wszystko w porządku. Teraz się śpieszyłem. Schowałem lunch i przekąski do teczki gdzie były również papiery, których treści nie znałem. Dopiłem herbatę i skierowałem się do drzwi. Tam założyłem moje mokasyny kiedy zauważyłem przez okno, że Danielle parkuje przy moim samochodzie. Uśmiechnąłem się pod nosem, na szczęście nic jej nie jest, i wyszedłem z domu. Rozłożyłem ramiona kiedy tylko dziewczyna wysiadła z samochodu. Posłała mi szeroki uśmiech po czym podeszła do mnie i wtuliła się w moje ciało.
- Hej. - mruknąłem jej powitanie do ucha. - Co tak późno? - odsunąłem ją od siebie i spytałem z troską.
- Zaspałam, przepraszam. - uśmiechnęła się blado.
- Przestań, nie przepraszaj mnie. Każdemu może się zdarzyć. - zapewniłem ją i przyjrzałem się jej dokładnie. Faktycznie wyglądała na niewyspaną pomijając idealną fryzurę i świetne ubrania, które miała na sobie. Niemniej jednak jej oczy były podkrążone i jakieś takie... smutne. A uśmiech nie był taki szczery jak zawsze. Czy aby na pewno była tylko niewyspana?
- Stało się coś? - spytałem zaniepokojony a ona spuściła wzrok. Wiedziałem.
- Nic takiego. - powiedziała cicho.
- Jesteśmy przyjaciółmi, tak? Możesz mi powiedzieć, przecież wiesz.
- Tak, jasne. Tylko... pogadamy jak wrócisz, w porządku? - uniosła na mnie wzrok. Jej oczy były już mokre a mnie serce zabolało.
- Dani... - westchnąłem ledwo słyszalnie i wziąłem ją w swoje ramiona. - Nie płacz, kochana. Proszę. - pociągnęła nosem. - Jak wrócę to porozmawiamy, dobrze? - kiwnęła głową. - A teraz zajmij się moim chłopakiem, w porządku? - zachichotała cicho i odsunęła się ode mnie.
- W porządku. - przytaknęła z uśmiechem. Dałem jej buziaka w policzek i kiedy ona zniknęła za drzwiami mojego domu ja wsiadłem w samochód i ruszyłem do pracy.
||PDC||
Postanowiłem sobie, że kiedy zjem śniadanie zadzwonię do Zayna. Ostatni raz widziałem się z nim równy tydzień temu kiedy przyszedł przeprosić Harry'ego. Od tamtej pory się nie odzywał. Przyznam szczerze, że trochę się o niego martwiłem. Może się obraził o coś albo coś się stało... Chciałem usłyszeć jego głos i wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Jest moim przyjacielem w końcu, odkąd pamiętam. Jest dla mnie jak brat mimo pewnego epizodu, który miał zdarzenie jakiś czas temu. Ma uraz do Harry'ego, bo jest dużo młodszy ode mnie. Czasami mnie wkurwia a nawet często ale mimo wszystko kocham go.
Razem z Margie zeszliśmy do bufetu na dole. Zajęliśmy mały okrągły stolik w kącie po czym dziewczyna złożyła zamówienie. Ja natomiast miałem swój posiłek, którzy przygotowałem rano, bardzo starannie. Co jak co ale domowe jedzenie jest najlepsze. Nie przepadałem za jakimiś wynalazkami w restauracjach. Zawsze wolałem zjeść coś co przygotowała mi mama czy Harry. Oni gotują najlepiej. W pracy natomiast zawsze lunch jadłem tutaj, w tym bufecie. Dziś jednak postanowiłem zjeść coś domowego. Nawet Margie się zdziwiła.
- Nie zamawiasz? - spytała upijając łyk swojej wody gazowanej.
- Dziś mam swoje żarełko. - uśmiechnąłem się dumnie kładąc na stół moje śniadanie w brązowej torbie papierowej. Dziewczyna zaśmiała się łagodnie.
- Każdego dnia zadziwiasz mnie coraz bardziej. - zaczesała swoją bujną kręconą grzywkę za ucho. Miała naprawdę piękne włosy. Które jednak nie dorównywały sprężynkom Harry'ego.
- Dlaczego?
- No bo każdego dnia wnosisz coś nowego, ciekawego czy śmiesznego do mojego życia. Każdego dnia jakiś inny, ciekawy pomysł. - pochlebiła mi z uroczym uśmiechem.
- Weź, bo się rumienię. - przyznałem szczerze, czując, że moja twarz, jak i szyja, robi się czerwona. Szybko przykryłem gorące policzki chłodnymi dłońmi.
- Widzę właśnie. - zaśmiała się perliście a kilkoro osób w pomieszczeniu zwróciło na nas swoją uwagę. Poczułem, że zawstydzam się jeszcze bardziej a Margie zakryła usta dłonią starając się zdusić w sobie chichot.
- Jesteś niemożliwa. - jęknąłem kręcąc głową.
- Ale mnie kochasz. - wytknęła mi język i w tym samym momencie kelner przyniósł jej zamówienie; kanapki z żółtym serem i powidłami z malin oraz owocowa herbata. Jak zwykle to samo.
- Nie nudzi ci się to? - zapytałem machając dłonią na jej posiłek i biorąc kęsa swojej kanapki.
- Ile razy mam ci mówić, że...
- ...takie śniadanie zawsze jadłam w rodzinnym domu na wsi i tak mi zostało, nie potrafię tego zmienić. Nie sorry cię. - dokończyłem za nią jej wieczną odpowiedź na zadawane przeze mnie pytania podobne do wcześniej wypowiedzianego, imitując jej delikatny głosik. Skrzywiła się a ja zaśmiałem w swoją dłoń.
- Nienawidzę cię. - odburknęła splatając ręce na piersi i udając oburzoną. Widziałem jednak, że delikatny uśmiech błąka się na jej ustach. Wyszczerzyłem się do niej a ona za chwilę to odwzajemniła.
Konsumując nasze śniadanie w międzyczasie rozmawialiśmy na różne tematy. Po cichu przyznała mi się, - w sekrecie oczywiście - że już nie jest pewna co do swojej orientacji, gdyż zauważyła, że inaczej patrzy na swoją przyjaciółkę. Dowiedziałem się, że dziewczyna zerwała z chłopakiem a ona oczywiście musiała ją pocieszać. Opowiadała mi jak to inaczej się czuła tuląc ją do siebie, wycierając jej łzy i powtarzając jej, że ten Hubert(?) to zwykły palant, bo zostawił taką wspaniałą dziewczynę dla jakiegoś plastika. Mówiąc mi o niej zauważyłem w jej oczach te miłe iskierki radości, uroczy uśmiech i w ogóle wyraz twarzy jakby była zakochana. Potwierdziłem jej tezę, iż być może jest zauroczona przyjaciółką. Ona natomiast posmutniała, bo stwierdziła, że nie będzie miała u niej szans. Szybko ją pocieszyłem faktem, że przecież rozstała się z chłopakiem, jest wolna a Margie to jej wspaniała przyjaciółka, która tak cudownie ją pociesza. I może mieć jakieś szanse w końcu.
- Jak nie spróbujesz to się nie dowiesz. Pokaż jej jak ważna jest dla ciebie i że jest ważna w ten inny sposób. - posłałem jej dodający otuchy uśmiech. Odwzajemniła go lekko.
- Co mam zrobić? - spytała patrząc na mnie błagalnie, jakby prosząc bym wymyślił jej plan działania.
- Jak ona się teraz czuje?
- Jest w kompletnej rozsypce. Minął tydzień a ona ciągle potrafi się rozpłakać. - posmutniała.
- Hmm... to zrobisz tak. Skoro tak źle z nią to zaproponuj jej babski wypad.
- Babski wypad? - dziewczyna zmarszczyła brwi i odsunęła się od stołu, plecy opierając na oparciu krzesła.
- No... czy co wy tam dziewczyny robicie. Możesz zabrać ją na randkę. - uśmiechnąłem się do niej ukazując swoje zęby a ona posłała mi spojrzenie mówiące, że to nie wchodzi w grę. - Posłuchaj. Jeśli ja bym był w twojej sytuacji a Harry byłby tą twoją koleżanką to wziąłbym go
do jakiejś miłej knajpki. Porozmawiał o wszystkim ale omijałbym tematy dotyczące związków i tak dalej. - wzruszyłem ramionami a ona słuchała uważnie. - Potem powiedziałbym mu jak ważny jest dla mnie, że chcę jego szczęścia bla bla bla - wywróciłem oczami na co Margie się zaśmiała. - Komplementowałbym go w delikatny sposób, jakieś szepty, niechcący muśnięcie dłoni i tak dalej w nieskończoność. Potem zabrałbym go do siebie jeśli by się zgodził. Jakaś lampka wina, wszystko by nie myślał o byłym. Romantyczna rozmowa i pewnie zasnęlibyśmy w swoich ramionach. Rano on się budzi z głową na mojej piersi, przygląda mi się jak śpię i jest mną zauroczony i...
- Dobra, już łapię. - Margie zaśmiała się głośno i szczerze. Uśmiechnąłem się do niej zawstydzony, ponownie dzisiejszego dnia.
- Przepraszam, zapędziłem się. - zdjąłem dłonie ze stołu i położyłem na swoje kolana.
- Zauważyłam. - uśmiech nie schodził z jej buźki. - I dziękuję. Chyba tak zrobię.
- Cieszę się, że mogłem pomóc. - przyznałem a moja pewność siebie za chwilę wróciła. Jej, pomogłem przyjaciółce. Nie powiem, że byłem z siebie dumny. Zaakceptowała moją radę i postanowiła wcielić ją w swoje życie. Ucieszyłem się.
Nagle przy nas pojawił się James a mój uśmiech zamienił się w grymas. Dziś jeszcze nic mi nie zrobił ale mimo wszystko miałem ochotę walnąć go w twarz. Ot tak bez powodu. Chociaż nie, powód był: on sam.
- Hej, Margie. - przywitał się z dziewczyną a mnie nawet nie zaszczycił swoim spojrzeniem. Stanął do mnie plecami, tak bym nie musiał patrzeć na jego wstrętna gębę. I dobrze. W tej chwili chciałem mu podziękować.
- Och. Cześć. - brunetka wymusiła uśmiech. Również nie cierpiała go jak ja.
- Paul cię potrzebuje do jakichś rachunków czy coś. - oznajmił ciepło trzepocząc przy tym rzęsami a dziewczyna westchnęła ciężko. Machnęła na niego ręką.
- Dzięki. Już idę. - mruknęła jakby do siebie a on w końcu sobie poszedł. - Boże, jak ja go nienawidzę. - jęknęła uderzając czołem o stolik zaścielony kremowym obrusem. Wazonik z żonkilem stojący na środku zachwiał się trochę a ja zaśmiałem donośnie. Na szczęście pora lunchu już się powoli kończyła i w restauracji było zaledwie kilka osób, które nie zwróciło na mnie nawet najmniejszej uwagi.
- Lubi cię. - przyznałem kiedy dziewczyna uniosła na mnie spojrzenie i poruszyłem znacząco brwiami.
- Siedź cicho. Zarywa do mnie odkąd tu pracuję. Czy on przypadkiem nie jest gejem? - pokręciła niedowierzająco głową unosząc dłonie w geście bezradności.
- Może leci na dwa fronty? Do Harry'ego ostatnio się podwalał. - na samo wspomnienie zrobiło mi się niedobrze. Mój chłopak jeszcze się do niego uśmiechał i pomachał na pożegnanie.
- Jest taki wkurwiający. - Margie jęknęła jakby do siebie po czym wstała od stołu. Sięgnęła do torebki i chwilę w niej grzebiąc wyciągnęła dwa banknoty po czym położyła je na tacy. - Idę do Paula. Pa. - podeszła do mnie i cmoknęła w policzek. Podziękowała jeszcze raz i ruszyła do wyjścia. Czekałem, aż zniknie za drzwiami a następnie również się zebrałem i wróciłem do biura.
||PDC||
Planowałem zadzwonić do Zayna zaraz po śniadaniu. Jednak miałem trochę papierkowej roboty, która pokrzyżowała mi plany. Jak zwykle nic nie szło po mojej myśli. Nie chcąc przeciągać szybko wziąłem się za dokumenty. Skończyłem wszystko po jakiejś godzinie i wtedy już na spokojnie mogłem zadzwonić do przyjaciela. Poprosiłem jeszcze Margie by nikogo nie wpuszczała do mnie przez przynajmniej dziesięć minut z wymówką, iż jestem bardzo zajęty i nie można mi przeszkadzać. W końcu rozsiadłem się wygodnie w moim fotelu i w kontaktach wybrałem Zayna po czym kliknąłem zieloną słuchawkę i przyłożyłem urządzenie do ucha. Po trzech a może i sześciu sygnałach w końcu usłyszałem głos Malika.
- Lou? - powiedział zdyszany jakby biegał albo... całował się?
- Cześć, Zayneh. - przywitałem się słodko. - Przeszkadzam?
- Um... wiesz. Tak trochę? - och.
- Och. - muszę przyznać, że w tej chwili zrobiło mi się głupio i... smutno. Przeszkadzałem mu. Kurde, Zayn nawet jak był w trakcie seksu odbierał telefony ode mnie i mówił, że nie jest szczególnie zajęty i może rozmawiać, nie przejmując się tą drugą osobą. A teraz... przeszkadzałem mu. Pierwszy raz w życiu. Zabolało. - To... to. Zadzwonię innym razem. - powiedziałem ze smutkiem w głosie.
- Nie! Cholera, Louis, nie. To znaczy... stało się coś? - spytał a ja słyszałem w tle, że się poprawiał na miejscu.
- Nic szczególnego. Chciałem tylko porozmawiać z przyjacielem. Ale skoro jesteś zajęty...
- Nie, w porządku. Możemy rozmawiać. - powiedział szybko.
- Zayn. - usłyszałem zachrypnięty i zirytowany głos. Zmarszczyłem brwi.
- Chwilka, skarbie. - powiedział Zayn o wiele ciszej niż przed chwilą, jakby trzymał z dala telefon od siebie, bym nie usłyszał. Nie wyszło mu. Usłyszałem jakieś mlaśnięcie jakby całus o potem nieprzyjemny szelest i skrzypnięcie zamykanych drzwi. - Jestem. - tym razem powiedział do mnie, dużo wyraźniej.
- Z kim jesteś? - zaciekawiłem się i... uśmiechnąłem. Zayn kogoś miał? Dlatego nie odzywał się cały tydzień? Chciałem zapiszczeć do telefonu ale jeszcze nie wiedziałem wszystkiego i by nie wypadało.
- Z nikim. Louis...
- Zayn. Nie okłamuj mnie. - przerwałem mu i uśmiechnąłem szeroko. - Masz kogoś? - spytałem prosto z mostu.
- Louis. - jęknął zawstydzony a ja zaśmiałem się cicho. Był taki słodki.
- No więc? - domagałem się odpowiedzi.
- Louis, proszę...
- To coś poważnego? - nękałem go dalej a z mojej twarzy nie znikał uśmiech.
- Lou, posłuchaj mnie. Na razie nie czuję potrzeby, by ci się zwierzać. - posmutniałem. - Nie chcę zapeszać, okej? - powiedział cicho i na moje usta znów wrócił uśmiech.
- W porządku. - przyznałem entuzjastycznie. Coś się szykowało i ja to czułem. Kiedy dzwoniłem do Zayna w takich sytuacjach on nigdy nie wychodził do innego pomieszczenia. Coś było na rzeczy...
- Porozmawiamy o tym kiedy indziej, okej? Muszę już wracać. - powiedział zniecierpliwiony.
- Dobrze. Leć już do niego. - ledwo powstrzymałem chichot. Zayn fuknął i chwilę się nie odzywał. W końcu pożegnał się zawstydzony i szybko rozłączył.
Odłożyłem telefon i przez moment analizowałem wszystko w ciszy. Zaynie zdecydowanie miał kogoś. To znaczy... nie byłem pewien czy już byli razem czy to może jeszcze gra wstępna. Mimo wszystko czułem miłość w powietrzu. Malik w końcu szukał kogoś na poważnie, na stałe. Byłem z niego dumny, poważnie. On chyba nigdy nie miał chłopaka. (Pomijając mnie ale to taki szczegół, to się nie liczyło).
W momencie zachichotałem do siebie. Cieszyłem się ze szczęścia przyjaciela, naprawdę. Już nie mogłem się doczekać kiedy poznam jego drugą połówkę. Chłopak albo będzie taki jak on albo to jego zupełne przeciwieństwo. Liczyłem na to drugie. Taki malutki blondynek z jasną karnacją, dobrze ułożony, schludnie ubrany to coś dla niego. I jakaś moja podświadomość mi mówiła, że taki właśnie jest jego przyszły chłopak. Kobieca intuicja czy coś...
Kiedy wielkimi krokami zbliżała się godzina siedemnasta zacząłem się zbierać do domu. Wszystko co dziś zrobiłem podałem Margie, by zaniosła Paulowi. Potem wziąłem trochę papierkowej roboty do domu i na koniec zamknąłem swoje biuro. Chowając klucze do tylnej kieszeni spodni podszedłem do mojej sekretarki. Życzyłem jej powodzenia z przyjaciółką po czym pożegnałem się buziakiem w policzek i wyszedłem z firmy. W końcu. W końcu ten pieprzony poniedziałek dobiegał końca. Teraz czekała mnie przyjemniejsza jego część, czyli powrót do domu, do mojego Harry'ego.
Jadąc spokojnie drogą i słuchając jakiejś brytyjskiej stacji, gdzie aktualnie puścili
Kodaline - Big bad World, zespół za którym Hazz jeszcze niedawno szalał i planował układ do jednej z ich piosenek, zastanawiałem się czy zajechać do sklepu. Akurat zbliżałem się do TESCO i pomyślałem, że mógłbym kupić coś słodkiego Harry'emu i sobie. Zaparkowałem więc jak najbliżej sklepu i poszedłem na łowy. Upolowałem cztery paczki pianek marshmallow, zapłaciłem i wróciłem do Range Rovera. Po dwudziestu minutach byłem już blisko domu. Po sekundach wjeżdżałem na podjazd. Wziąłem zakupy oraz teczkę. Wysiadłem z samochodu po czym go zamknąłem i ruszyłem do domu. Drzwi były otwarte więc wszedłem spokojnie.
- Hej. - przywitałem się z Dani, która krzątała się po salonie. Sprzątała?
- Cześć. - westchnęła z uśmiechem. Podeszła do mnie i cmoknęła mnie w policzek.
- Jak się czujesz? - spytałem odkładając wszystko, co miałem w rękach, na stół.
- W porządku. - uśmiechnęła się słabo. Wiedziałem, że nie jest w porządku.
- Och. To porozmawiamy teraz?
- Najpierw idź przywitać się z Harrym. - chwyciła jedną paczkę pianek po czym mi podała próbując się uśmiechnąć.
- Dobrze. - zgodziłem się i skierowałem swoje kroki do sypialni mojej i mojego chłopaka.
Powoli wszedłem do pokoju i moim oczom ukazał się Haz siedzący na swoich piętach przy szafie i trzymający w obu rękach swój szary sweterek na wysokości twarzy. Nawet mnie nie zauważył. Wyglądał uroczo marszcząc swoje czółko. Przysunął materiał do nosa, zaciągnął się jego zapachem po czym się skrzywił. Ledwo powstrzymałem chichot, był taki słodki. Zgniótł ubranie w rękach i wyrzucił za siebie na jakąś kupkę. Sprzątał? On też?
- Haz...? - spytałem niepewnie.
- Louis! - pisnął po czym z szerokim uśmiechem wstał i rzucił się na mnie. Objął rękoma moją szyję i stanął na palcach.
- Boże, kochanie... - zaśmiałem się łagodnie w jego loczki. Pachniały czekoladą.
- Tęskniłem. - westchnął cicho.
- Wiem. Ja też. - odsunąłem go od siebie na odległość ramion. Przyjrzałem mu się. Jego oczy były smutne ale cieszyły się na mój widok. Nie chciałem jednak teraz poruszać tego tematu. W zamian cmoknąłem go w jego różowiutkie usteczka. Uśmiechnął się.
- Mam coś dla ciebie. - przerwałem przyjemną ciszę po czym pokazałem mu paczkę pianek. Jego oczka automatycznie się zaświeciły a uśmiech poszerzył, niemalże dosięgając uszu. Wyrwał mi słodycze z dłoni a następnie otworzył plastikowe opakowanie. Wyjął kilka pianek i wepchnął je sobie do buzi.
- Ej, podziel się. - obruszyłem się robiąc z ust dziubek. Harry zachichotał ale wyjął jedną piankę i przystawił do mojej buzi. Otworzyłem ją i wystawiłem język a on spokojnie położył na nim słodycz. Uśmiechnąłem się do niego a on znów wpakował sobie kolejne pianki i zaczął wolno przeżuwać.
- Jesteś niemożliwy. - zaśmiałem się.
Kiedy się ogarnęliśmy postanowiliśmy zejść do Dani. Miałem z nią porozmawiać i bałem się, że ucieknie. Bałem się też, że stało się coś złego. Dziś rano się rozpłakała. Martwiło mnie to. Nigdy jej takiej nie widziałem. Naprawdę coś było nie tak, w złym sensie. Nie mogłem się przecież pomylić tak samo jak w kwestii Zayna. U niego było w porządku, a nawet bardzo. Natomiast u Danielle... Naprawdę musiałem z nią porozmawiać.
Usiedliśmy z Harrym na kanapie naprzeciw telewizora jednak zwróciliśmy się w kierunku dziewczyny, która siedziała na fotelu obok. Objąłem chłopaka ramieniem a on niemalże położył się na mojej piersi. Ucałowałem go we włosy a on przerzucił ramię przez mój brzuch. Spojrzałem na dziewczynę. Była smutna. Ciekaw byłem czy Harry to zauważył dzisiaj ale już nie pytałem. Danielle wciągnęła nogi pod pośladki a dłonie ułożyła na swoich kolanach. Jej wzrok był skierowany w dół. Był pusty, nieobecny, smutny.
- Dani. - zacząłem spokojnie z myślą, że spojrzy na mnie. Jednak nie. Cisza ta trwała może trochę dłużej niż pięć minut. Peazer siedziała ciągle w tej samej pozycji, Harry prawie przysypiał a ja wpatrywałem się w przyjaciółkę zmartwiony. Nie wiedziałem jak zacząć tę rozmowę, jak wyciągnąć z niej to co w sobie dusiła i nie chciała powiedzieć. Kurde, nie jestem psychologiem. Jak miałem to rozegrać? Nie chciałem, żeby się rozpłakała czy coś. W tej chwili było mi jej strasznie żal.
- Powiesz mi co... - spróbowałem ponownie ale Danielle szybko mi przerwała.
- Rozstałamsięzliamem. - co?
Powiedziała tak cicho i niewyraźnie. Nie zrozumiałem.
- Co?
- Ech. - westchnęła głośno. Jej głos drżał. - Rozstałam się z Liamem. - powtórzyła tym razem wolno i wyraźnie. A mi aż mowę odjęło. Czy ja dobrze usłyszałem? Naprawdę?
- Co? - zdziwił się Harry wybudzając się ze swojej drzemki. Opierał się na ramionach i wpatrywał ze zdziwieniem w dziewczynę, która od dobrych dziesięciu minut siedziała w tej samej pozycji.
Nie mogłem w to uwierzyć. Danielle i Liam. Najcudowniejsza para pod słońcem. Byli przecież dla siebie stworzeni. Co poszło nie tak? Payne już nie raz mi mówił, że planuje się oświadczyć. Mieszkają razem. Kochają się. Każdy to powie widząc ich razem. Gruchają do siebie co chwilę kiedy są obok siebie. Czasami sam nie mogłem na nich patrzeć chociaż z Harrym zachowuję się tak samo. Co spowodowało, że się rozstali? Czy to jakiś głupi żart?
- Dani... - odezwałem się po chwili ciszy. Dziewczyna w końcu podniosła na mnie wzrok. Jej oczy świeciły się od łez. Serce mnie bolało na ten widok. Wstałem szybko z kanapy i podszedłem do niej biorąc ją w swoje ramiona. Wtuliła się we mnie mocno i na dobre rozpłakała. Usiadłem obok niej ciasno ją obejmując i gładząc uspokajająco po plecach. Drżała w moich uścisku. Czułem, jakbym sam miał się zaraz rozpłakać.
Wzdrygnąłem się czując czyjeś dłonie na swoich barkach. Obróciłem się delikatnie i westchnąłem przymykając powieki. To przecież był Harry. Smutny Harry, który najwyraźniej też chciałby się przytulić. Zrobiłem mu więc trochę miejsca i wcisnął się pomiędzy mnie a Danielle. Objął ją mocno a ona spojrzała na mnie mokrymi oczami. Posłałem jej delikatny uśmiech i w momencie usłyszeliśmy chlipnięcie. Harry się rozpłakał.
- Och, kochanie. - westchnąłem po czym wtuliłem się w jego plecy a Danielle tuliła go do swojej piersi. Wszyscy wiemy, że Haz jest bardzo wrażliwy. Szczególnie ostatnio.
- Hej, nie płacz. - szepnęła mu Dani na co on zaniósł się jeszcze większym płaczem.
- Dlaczego? - odezwałem się do dziewczyny. Zrozumiała o co mi chodzi. Przymknęła oczy i wzięła drżący oddech.
- Od dawna nam się nie układało. - powiedziała cicho, pocierając plecy mojego chłopaka. Chciałem zapytać dlaczego nic mi nie mówiła. Ona jak i Liam. Ale powstrzymałem się, nie chciałem robić jej teraz wyrzutów. - Wczoraj przeprowadziliśmy tę rozmowę. Mieliśmy ostatnio coraz mniej dla siebie czasu. Oboje czuliśmy, że coś się psuje. Staraliśmy się temu zapobiec. Jakieś randki, miłe wspólne wieczory, noce... Liam kupował mi różne prezenty, ja... - urwała na chwilę. - Stwierdziliśmy, że to nie ma sensu. Wczoraj oboje to zakończyliśmy. - w jej oczach znów pojawiły się łzy a dolna warga zaczęła drżeć. Już naprawdę nie wiedziałem co powiedzieć, jak ją pocieszyć.
Nie powiedziałem nic. Przytuliliśmy się w trójkę i trwaliśmy tak długi czas. Dopóki Harry się uspokoił. Potem dziewczyna doprowadziła się do porządku, pożegnała z nami i wyszła. Pojechała do mamy. Dlatego dziś przyszła później, jak się dowiedziałem. Wstała wcześniej od Liama, który spał w pokoju gościnnym, spakowała swoje rzeczy i zawiozła je do rodzicielki, wcześniej mówiąc jej co się stało. A potem przyjechała do nas.
Nadal nie potrafiłem przyjąć do wiadomości, że Liam i Danielle już nie są razem.
Wieczorem postanowiłem zadzwonić do Liama. Chciałem go poprosić, by przyszedł do mnie, byśmy mogli spokojnie porozmawiać. Wiedział o czym. Powiedział, że nie może. Że nie chce o tym gadać i chce być teraz sam. Stwierdził, że musi to przemyśleć, to co zrobili z Danielle. Czułem, że nie był pewny ich decyzji. Jednak nic nie mówiłem. Postarałem się uszanować jego prośbę, by przełożyć rozmowę na inny dzień. Rozłączył się bez pożegnania. Szczerze mówiąc to byłem na niego wściekły. Nie wiem o czym oni oboje z Danielle myśleli rozstając się ale byłem pewny, że to ich najgorszy pomysł w całym ich życiu. A Payne jest w końcu mężczyzną! Jak mógł to zrobić biednej, delikatnej i kruchej Danielle! Jak mógł w ogóle pozwolić jej odejść. Nie rozumiem. A jeśli to on tego chciał, jeśli to on wpadł na ten pomysł to przysiągłem sobie, że jak tylko go spotkam i okaże się to prawdą to mu rozkwaszę twarz. Naprawdę w tej chwili byłem strasznie wściekły. Miałem ochotę rzucić telefonem, który trzymałem w dłoni. Jednak Harry szybko mnie powstrzymał. Zabrał mi urządzenie z dłoni i poprosił, bym się położył. Zrobiłem więc tak jak chciał. Poczułem, że rozpina mi koszulę. Zdjął ją i odwiesił na wieszak. Następnie pozbył się moich spodni i skarpetek zanosząc wszystko do łazienki. Obserwowałem jak Harry zdejmuje z siebie ubrania po czym położył się obok mnie. Zakrył nas kołdrą i ułożył swoją głowę na mojej piersi. Musnął ustami moją skórę a mnie przeszedł dreszcz. Zawsze tak na mnie działał.
Poczułem jak na oślep szuka mojej dłoni więc pomogłem mu chwytając jego. Splotłem razem nasze palce i uśmiechnąłem się do siebie. W tej chwili byłem pewny, że nie ważne co się stanie, nie ważne jak źle będzie, nigdy nie pozwolę mu odejść. Harry to miłość mojego życia, to ten jedyny. Nie wyobrażałem sobie zestarzeć się bez niego. To było niemożliwe. Byłem przekonany, że my to... na zawsze.
- Wrócą do siebie, zobaczysz. - usłyszałem jego ledwo słyszalny szept. Ucałował mnie w miejsce gdzie znajduje się moje serce, jego ulubione miejsce do całowania na moim ciele, i nawet nie zdążyłem mrugnąć a on już zasnął.
I mało Larry'ego. W ogóle rozdział do dupy. Nudny...
Poniedziałek, 16 lipca, 2012.
Nienawidzę poniedziałków. Wstawanie o szóstej rano i patrzenie jak mój Harry słodko śpi jest jednocześnie wspaniałe i okropne. Wspaniałe, ponieważ Haz jest uroczy kiedy śpi (w sumie to zawsze jest uroczy) i kocham patrzeć na niego wtedy a okropne, ponieważ on może sobie jeszcze pospać a ja muszę wstać do pracy. Nie żebym nie lubił swojej pracy, bo lubię, ale jak już wcześniej gdzieś wspominałem, wolałem projektować a nie oceniać projekty innych. Sam bym chciał, tak jak oni, tworzyć a później swoje dzieło dać do oceny i być dumnym. Praca papierkowa nie była taka cudowna jak twórcze myślenie. Pomijając dobrą płacę, nie wiem dlaczego zgodziłem się na przeniesienie mnie na stanowisko wiceprezesa. Byłem czwarty na podium jeśli chodzi o ranking najważniejszych osobistości w tej firmie. Czy to było takie fajne? Nie wiem.
Niechętnie wstałem z łóżka stawiając bose stopy na chłodnych panelach. Niemniej jednak było to przyjemne, gdyż było mi okropnie gorąco po śnie w lipcu z zamkniętymi oknami w całym pomieszczeniu. Było po prostu duszno. Odwróciłem się do Harry'ego i zdziwiłem się nieco widząc na jego odkrytej, mlecznej skórze gęsią skórkę. Mój chłopak był zmarzluchem, tak, ale że aż takim to nie wiedziałem. Sięgnąłem więc po kołdrę skopaną w tyłach łóżka i zakryłem nią jego drobne ciałko po samą szyję. Nachyliłem się do jego buźki i złożyłem delikatnego całusa na policzku i nieco dłuższego na czole. Przeczesałem dłońmi jego roztrzepane loki i na koniec szepnąłem mu, że go kocham.
Podszedłem do dużej szafy i otworzyłem ją. Nie miałem dziś ochoty na garnitur więc wyciągnąłem czarne, megaobcisłe rurki i białą koszulę. Jeszcze tylko czarne skarpetki i z takim zestawem wszedłem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic jednocześnie rozluźniając się. Zmyłem z siebie cały sen a moje mięśnie były gotowe do pracy. Wytarłem się, aż do czerwoności po czym założyłem wcześniej przygotowane ubrania. W końcu przyszedł czas na włosy. Dziś wyjątkowo wyglądały dobrze więc potraktowałem je tylko lekkim żelem układając na prawy bok. Spryskałem się nowymi perfumami Calvina Kleina i w końcu zszedłem do kuchni na śniadanie. Nastawiłem wodę na herbatę i w międzyczasie przygotowałem sobie cztery kanapki z sałatą, szynką i pomidorem do pracy. Do tego zestawu dołączyłem jogurt bananowy i batona zbożowego. Zalałem herbatę, dosypałem dwie łyżeczki cukru i zabrałem się za posiłek, który miałem zjeść w tej chwili. Zdecydowałem się na zwykłe tosty z serem i ketchupem. W końcu zasiadłem spokojnie do stołu i rozpocząłem konsumpcję.
Rozkoszując się posiłkiem przeglądałem poranne wiadomości w moim telefonie. W tej chwili czułem się jak czterdziestolatek. Nie mogłem uwierzyć samemu sobie, że interesują mnie newsy z rana. Że w ogóle mnie coś takiego interesuje. Fakt, wieczorem z Harrym zawsze oglądamy ITVNews, żeby ogólnie wiedzieć co dzieje się na świecie i w kraju. Ale dziś jest pierwszy dzień kiedy z rana przeglądam wiadomości i czytam o Davidzie Cameronie. Zawsze grałem w jakieś nic nie warte gierki a teraz... naprawdę czułem się staro. Jednak myśl, że mój chłopak ma osiemnaście lat trochę poprawiła mi humor. W końcu mam w tym roku dwadzieścia sześć lat a nie sześćdziesiąt dwa. Uznałem po prostu, że to przypadek, iż interesuję się polityką Anglii. To pewnie tylko dziś. Jestem nieco rozkojarzony i nie mam nawet ochoty wstać od stołu. Tak, to pewnie dlatego.
Po skończonym posiłku i czterech rundkach w Angry Birds byłem już gotowy do pracy. Była za dwie minuta siódma, zawsze potrzebuję mniej więcej tej godzinki, by dojechać do pracy. Nauczyłem się tego już pierwszego dnia kiedy zacząłem pracować i spóźniłem się ponad godzinę ze względu na kroki. Ledwo ubłagałem Paula, by dał mi jedną szansę a na pewno się poprawie i on nie będzie żałował. A teraz proszę - wiceprezes.
Martwiło mnie tylko to, że Danielle jeszcze nie było. Przeważnie kiedy szykowałem sobie śniadanie ona już przychodziła. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłem, że pewnie zaspała lub zatrzymały ją korki. Później więc, w pracy, zadzwonię czy wszystko w porządku. Teraz się śpieszyłem. Schowałem lunch i przekąski do teczki gdzie były również papiery, których treści nie znałem. Dopiłem herbatę i skierowałem się do drzwi. Tam założyłem moje mokasyny kiedy zauważyłem przez okno, że Danielle parkuje przy moim samochodzie. Uśmiechnąłem się pod nosem, na szczęście nic jej nie jest, i wyszedłem z domu. Rozłożyłem ramiona kiedy tylko dziewczyna wysiadła z samochodu. Posłała mi szeroki uśmiech po czym podeszła do mnie i wtuliła się w moje ciało.
- Hej. - mruknąłem jej powitanie do ucha. - Co tak późno? - odsunąłem ją od siebie i spytałem z troską.
- Zaspałam, przepraszam. - uśmiechnęła się blado.
- Przestań, nie przepraszaj mnie. Każdemu może się zdarzyć. - zapewniłem ją i przyjrzałem się jej dokładnie. Faktycznie wyglądała na niewyspaną pomijając idealną fryzurę i świetne ubrania, które miała na sobie. Niemniej jednak jej oczy były podkrążone i jakieś takie... smutne. A uśmiech nie był taki szczery jak zawsze. Czy aby na pewno była tylko niewyspana?
- Stało się coś? - spytałem zaniepokojony a ona spuściła wzrok. Wiedziałem.
- Nic takiego. - powiedziała cicho.
- Jesteśmy przyjaciółmi, tak? Możesz mi powiedzieć, przecież wiesz.
- Tak, jasne. Tylko... pogadamy jak wrócisz, w porządku? - uniosła na mnie wzrok. Jej oczy były już mokre a mnie serce zabolało.
- Dani... - westchnąłem ledwo słyszalnie i wziąłem ją w swoje ramiona. - Nie płacz, kochana. Proszę. - pociągnęła nosem. - Jak wrócę to porozmawiamy, dobrze? - kiwnęła głową. - A teraz zajmij się moim chłopakiem, w porządku? - zachichotała cicho i odsunęła się ode mnie.
- W porządku. - przytaknęła z uśmiechem. Dałem jej buziaka w policzek i kiedy ona zniknęła za drzwiami mojego domu ja wsiadłem w samochód i ruszyłem do pracy.
||PDC||
Postanowiłem sobie, że kiedy zjem śniadanie zadzwonię do Zayna. Ostatni raz widziałem się z nim równy tydzień temu kiedy przyszedł przeprosić Harry'ego. Od tamtej pory się nie odzywał. Przyznam szczerze, że trochę się o niego martwiłem. Może się obraził o coś albo coś się stało... Chciałem usłyszeć jego głos i wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Jest moim przyjacielem w końcu, odkąd pamiętam. Jest dla mnie jak brat mimo pewnego epizodu, który miał zdarzenie jakiś czas temu. Ma uraz do Harry'ego, bo jest dużo młodszy ode mnie. Czasami mnie wkurwia a nawet często ale mimo wszystko kocham go.
Razem z Margie zeszliśmy do bufetu na dole. Zajęliśmy mały okrągły stolik w kącie po czym dziewczyna złożyła zamówienie. Ja natomiast miałem swój posiłek, którzy przygotowałem rano, bardzo starannie. Co jak co ale domowe jedzenie jest najlepsze. Nie przepadałem za jakimiś wynalazkami w restauracjach. Zawsze wolałem zjeść coś co przygotowała mi mama czy Harry. Oni gotują najlepiej. W pracy natomiast zawsze lunch jadłem tutaj, w tym bufecie. Dziś jednak postanowiłem zjeść coś domowego. Nawet Margie się zdziwiła.
- Nie zamawiasz? - spytała upijając łyk swojej wody gazowanej.
- Dziś mam swoje żarełko. - uśmiechnąłem się dumnie kładąc na stół moje śniadanie w brązowej torbie papierowej. Dziewczyna zaśmiała się łagodnie.
- Każdego dnia zadziwiasz mnie coraz bardziej. - zaczesała swoją bujną kręconą grzywkę za ucho. Miała naprawdę piękne włosy. Które jednak nie dorównywały sprężynkom Harry'ego.
- Dlaczego?
- No bo każdego dnia wnosisz coś nowego, ciekawego czy śmiesznego do mojego życia. Każdego dnia jakiś inny, ciekawy pomysł. - pochlebiła mi z uroczym uśmiechem.
- Weź, bo się rumienię. - przyznałem szczerze, czując, że moja twarz, jak i szyja, robi się czerwona. Szybko przykryłem gorące policzki chłodnymi dłońmi.
- Widzę właśnie. - zaśmiała się perliście a kilkoro osób w pomieszczeniu zwróciło na nas swoją uwagę. Poczułem, że zawstydzam się jeszcze bardziej a Margie zakryła usta dłonią starając się zdusić w sobie chichot.
- Jesteś niemożliwa. - jęknąłem kręcąc głową.
- Ale mnie kochasz. - wytknęła mi język i w tym samym momencie kelner przyniósł jej zamówienie; kanapki z żółtym serem i powidłami z malin oraz owocowa herbata. Jak zwykle to samo.
- Nie nudzi ci się to? - zapytałem machając dłonią na jej posiłek i biorąc kęsa swojej kanapki.
- Ile razy mam ci mówić, że...
- ...takie śniadanie zawsze jadłam w rodzinnym domu na wsi i tak mi zostało, nie potrafię tego zmienić. Nie sorry cię. - dokończyłem za nią jej wieczną odpowiedź na zadawane przeze mnie pytania podobne do wcześniej wypowiedzianego, imitując jej delikatny głosik. Skrzywiła się a ja zaśmiałem w swoją dłoń.
- Nienawidzę cię. - odburknęła splatając ręce na piersi i udając oburzoną. Widziałem jednak, że delikatny uśmiech błąka się na jej ustach. Wyszczerzyłem się do niej a ona za chwilę to odwzajemniła.
Konsumując nasze śniadanie w międzyczasie rozmawialiśmy na różne tematy. Po cichu przyznała mi się, - w sekrecie oczywiście - że już nie jest pewna co do swojej orientacji, gdyż zauważyła, że inaczej patrzy na swoją przyjaciółkę. Dowiedziałem się, że dziewczyna zerwała z chłopakiem a ona oczywiście musiała ją pocieszać. Opowiadała mi jak to inaczej się czuła tuląc ją do siebie, wycierając jej łzy i powtarzając jej, że ten Hubert(?) to zwykły palant, bo zostawił taką wspaniałą dziewczynę dla jakiegoś plastika. Mówiąc mi o niej zauważyłem w jej oczach te miłe iskierki radości, uroczy uśmiech i w ogóle wyraz twarzy jakby była zakochana. Potwierdziłem jej tezę, iż być może jest zauroczona przyjaciółką. Ona natomiast posmutniała, bo stwierdziła, że nie będzie miała u niej szans. Szybko ją pocieszyłem faktem, że przecież rozstała się z chłopakiem, jest wolna a Margie to jej wspaniała przyjaciółka, która tak cudownie ją pociesza. I może mieć jakieś szanse w końcu.
- Jak nie spróbujesz to się nie dowiesz. Pokaż jej jak ważna jest dla ciebie i że jest ważna w ten inny sposób. - posłałem jej dodający otuchy uśmiech. Odwzajemniła go lekko.
- Co mam zrobić? - spytała patrząc na mnie błagalnie, jakby prosząc bym wymyślił jej plan działania.
- Jak ona się teraz czuje?
- Jest w kompletnej rozsypce. Minął tydzień a ona ciągle potrafi się rozpłakać. - posmutniała.
- Hmm... to zrobisz tak. Skoro tak źle z nią to zaproponuj jej babski wypad.
- Babski wypad? - dziewczyna zmarszczyła brwi i odsunęła się od stołu, plecy opierając na oparciu krzesła.
- No... czy co wy tam dziewczyny robicie. Możesz zabrać ją na randkę. - uśmiechnąłem się do niej ukazując swoje zęby a ona posłała mi spojrzenie mówiące, że to nie wchodzi w grę. - Posłuchaj. Jeśli ja bym był w twojej sytuacji a Harry byłby tą twoją koleżanką to wziąłbym go
do jakiejś miłej knajpki. Porozmawiał o wszystkim ale omijałbym tematy dotyczące związków i tak dalej. - wzruszyłem ramionami a ona słuchała uważnie. - Potem powiedziałbym mu jak ważny jest dla mnie, że chcę jego szczęścia bla bla bla - wywróciłem oczami na co Margie się zaśmiała. - Komplementowałbym go w delikatny sposób, jakieś szepty, niechcący muśnięcie dłoni i tak dalej w nieskończoność. Potem zabrałbym go do siebie jeśli by się zgodził. Jakaś lampka wina, wszystko by nie myślał o byłym. Romantyczna rozmowa i pewnie zasnęlibyśmy w swoich ramionach. Rano on się budzi z głową na mojej piersi, przygląda mi się jak śpię i jest mną zauroczony i...
- Dobra, już łapię. - Margie zaśmiała się głośno i szczerze. Uśmiechnąłem się do niej zawstydzony, ponownie dzisiejszego dnia.
- Przepraszam, zapędziłem się. - zdjąłem dłonie ze stołu i położyłem na swoje kolana.
- Zauważyłam. - uśmiech nie schodził z jej buźki. - I dziękuję. Chyba tak zrobię.
- Cieszę się, że mogłem pomóc. - przyznałem a moja pewność siebie za chwilę wróciła. Jej, pomogłem przyjaciółce. Nie powiem, że byłem z siebie dumny. Zaakceptowała moją radę i postanowiła wcielić ją w swoje życie. Ucieszyłem się.
Nagle przy nas pojawił się James a mój uśmiech zamienił się w grymas. Dziś jeszcze nic mi nie zrobił ale mimo wszystko miałem ochotę walnąć go w twarz. Ot tak bez powodu. Chociaż nie, powód był: on sam.
- Hej, Margie. - przywitał się z dziewczyną a mnie nawet nie zaszczycił swoim spojrzeniem. Stanął do mnie plecami, tak bym nie musiał patrzeć na jego wstrętna gębę. I dobrze. W tej chwili chciałem mu podziękować.
- Och. Cześć. - brunetka wymusiła uśmiech. Również nie cierpiała go jak ja.
- Paul cię potrzebuje do jakichś rachunków czy coś. - oznajmił ciepło trzepocząc przy tym rzęsami a dziewczyna westchnęła ciężko. Machnęła na niego ręką.
- Dzięki. Już idę. - mruknęła jakby do siebie a on w końcu sobie poszedł. - Boże, jak ja go nienawidzę. - jęknęła uderzając czołem o stolik zaścielony kremowym obrusem. Wazonik z żonkilem stojący na środku zachwiał się trochę a ja zaśmiałem donośnie. Na szczęście pora lunchu już się powoli kończyła i w restauracji było zaledwie kilka osób, które nie zwróciło na mnie nawet najmniejszej uwagi.
- Lubi cię. - przyznałem kiedy dziewczyna uniosła na mnie spojrzenie i poruszyłem znacząco brwiami.
- Siedź cicho. Zarywa do mnie odkąd tu pracuję. Czy on przypadkiem nie jest gejem? - pokręciła niedowierzająco głową unosząc dłonie w geście bezradności.
- Może leci na dwa fronty? Do Harry'ego ostatnio się podwalał. - na samo wspomnienie zrobiło mi się niedobrze. Mój chłopak jeszcze się do niego uśmiechał i pomachał na pożegnanie.
- Jest taki wkurwiający. - Margie jęknęła jakby do siebie po czym wstała od stołu. Sięgnęła do torebki i chwilę w niej grzebiąc wyciągnęła dwa banknoty po czym położyła je na tacy. - Idę do Paula. Pa. - podeszła do mnie i cmoknęła w policzek. Podziękowała jeszcze raz i ruszyła do wyjścia. Czekałem, aż zniknie za drzwiami a następnie również się zebrałem i wróciłem do biura.
||PDC||
Planowałem zadzwonić do Zayna zaraz po śniadaniu. Jednak miałem trochę papierkowej roboty, która pokrzyżowała mi plany. Jak zwykle nic nie szło po mojej myśli. Nie chcąc przeciągać szybko wziąłem się za dokumenty. Skończyłem wszystko po jakiejś godzinie i wtedy już na spokojnie mogłem zadzwonić do przyjaciela. Poprosiłem jeszcze Margie by nikogo nie wpuszczała do mnie przez przynajmniej dziesięć minut z wymówką, iż jestem bardzo zajęty i nie można mi przeszkadzać. W końcu rozsiadłem się wygodnie w moim fotelu i w kontaktach wybrałem Zayna po czym kliknąłem zieloną słuchawkę i przyłożyłem urządzenie do ucha. Po trzech a może i sześciu sygnałach w końcu usłyszałem głos Malika.
- Lou? - powiedział zdyszany jakby biegał albo... całował się?
- Cześć, Zayneh. - przywitałem się słodko. - Przeszkadzam?
- Um... wiesz. Tak trochę? - och.
- Och. - muszę przyznać, że w tej chwili zrobiło mi się głupio i... smutno. Przeszkadzałem mu. Kurde, Zayn nawet jak był w trakcie seksu odbierał telefony ode mnie i mówił, że nie jest szczególnie zajęty i może rozmawiać, nie przejmując się tą drugą osobą. A teraz... przeszkadzałem mu. Pierwszy raz w życiu. Zabolało. - To... to. Zadzwonię innym razem. - powiedziałem ze smutkiem w głosie.
- Nie! Cholera, Louis, nie. To znaczy... stało się coś? - spytał a ja słyszałem w tle, że się poprawiał na miejscu.
- Nic szczególnego. Chciałem tylko porozmawiać z przyjacielem. Ale skoro jesteś zajęty...
- Nie, w porządku. Możemy rozmawiać. - powiedział szybko.
- Zayn. - usłyszałem zachrypnięty i zirytowany głos. Zmarszczyłem brwi.
- Chwilka, skarbie. - powiedział Zayn o wiele ciszej niż przed chwilą, jakby trzymał z dala telefon od siebie, bym nie usłyszał. Nie wyszło mu. Usłyszałem jakieś mlaśnięcie jakby całus o potem nieprzyjemny szelest i skrzypnięcie zamykanych drzwi. - Jestem. - tym razem powiedział do mnie, dużo wyraźniej.
- Z kim jesteś? - zaciekawiłem się i... uśmiechnąłem. Zayn kogoś miał? Dlatego nie odzywał się cały tydzień? Chciałem zapiszczeć do telefonu ale jeszcze nie wiedziałem wszystkiego i by nie wypadało.
- Z nikim. Louis...
- Zayn. Nie okłamuj mnie. - przerwałem mu i uśmiechnąłem szeroko. - Masz kogoś? - spytałem prosto z mostu.
- Louis. - jęknął zawstydzony a ja zaśmiałem się cicho. Był taki słodki.
- No więc? - domagałem się odpowiedzi.
- Louis, proszę...
- To coś poważnego? - nękałem go dalej a z mojej twarzy nie znikał uśmiech.
- Lou, posłuchaj mnie. Na razie nie czuję potrzeby, by ci się zwierzać. - posmutniałem. - Nie chcę zapeszać, okej? - powiedział cicho i na moje usta znów wrócił uśmiech.
- W porządku. - przyznałem entuzjastycznie. Coś się szykowało i ja to czułem. Kiedy dzwoniłem do Zayna w takich sytuacjach on nigdy nie wychodził do innego pomieszczenia. Coś było na rzeczy...
- Porozmawiamy o tym kiedy indziej, okej? Muszę już wracać. - powiedział zniecierpliwiony.
- Dobrze. Leć już do niego. - ledwo powstrzymałem chichot. Zayn fuknął i chwilę się nie odzywał. W końcu pożegnał się zawstydzony i szybko rozłączył.
Odłożyłem telefon i przez moment analizowałem wszystko w ciszy. Zaynie zdecydowanie miał kogoś. To znaczy... nie byłem pewien czy już byli razem czy to może jeszcze gra wstępna. Mimo wszystko czułem miłość w powietrzu. Malik w końcu szukał kogoś na poważnie, na stałe. Byłem z niego dumny, poważnie. On chyba nigdy nie miał chłopaka. (Pomijając mnie ale to taki szczegół, to się nie liczyło).
W momencie zachichotałem do siebie. Cieszyłem się ze szczęścia przyjaciela, naprawdę. Już nie mogłem się doczekać kiedy poznam jego drugą połówkę. Chłopak albo będzie taki jak on albo to jego zupełne przeciwieństwo. Liczyłem na to drugie. Taki malutki blondynek z jasną karnacją, dobrze ułożony, schludnie ubrany to coś dla niego. I jakaś moja podświadomość mi mówiła, że taki właśnie jest jego przyszły chłopak. Kobieca intuicja czy coś...
Kiedy wielkimi krokami zbliżała się godzina siedemnasta zacząłem się zbierać do domu. Wszystko co dziś zrobiłem podałem Margie, by zaniosła Paulowi. Potem wziąłem trochę papierkowej roboty do domu i na koniec zamknąłem swoje biuro. Chowając klucze do tylnej kieszeni spodni podszedłem do mojej sekretarki. Życzyłem jej powodzenia z przyjaciółką po czym pożegnałem się buziakiem w policzek i wyszedłem z firmy. W końcu. W końcu ten pieprzony poniedziałek dobiegał końca. Teraz czekała mnie przyjemniejsza jego część, czyli powrót do domu, do mojego Harry'ego.
Jadąc spokojnie drogą i słuchając jakiejś brytyjskiej stacji, gdzie aktualnie puścili
Kodaline - Big bad World, zespół za którym Hazz jeszcze niedawno szalał i planował układ do jednej z ich piosenek, zastanawiałem się czy zajechać do sklepu. Akurat zbliżałem się do TESCO i pomyślałem, że mógłbym kupić coś słodkiego Harry'emu i sobie. Zaparkowałem więc jak najbliżej sklepu i poszedłem na łowy. Upolowałem cztery paczki pianek marshmallow, zapłaciłem i wróciłem do Range Rovera. Po dwudziestu minutach byłem już blisko domu. Po sekundach wjeżdżałem na podjazd. Wziąłem zakupy oraz teczkę. Wysiadłem z samochodu po czym go zamknąłem i ruszyłem do domu. Drzwi były otwarte więc wszedłem spokojnie.
- Hej. - przywitałem się z Dani, która krzątała się po salonie. Sprzątała?
- Cześć. - westchnęła z uśmiechem. Podeszła do mnie i cmoknęła mnie w policzek.
- Jak się czujesz? - spytałem odkładając wszystko, co miałem w rękach, na stół.
- W porządku. - uśmiechnęła się słabo. Wiedziałem, że nie jest w porządku.
- Och. To porozmawiamy teraz?
- Najpierw idź przywitać się z Harrym. - chwyciła jedną paczkę pianek po czym mi podała próbując się uśmiechnąć.
- Dobrze. - zgodziłem się i skierowałem swoje kroki do sypialni mojej i mojego chłopaka.
Powoli wszedłem do pokoju i moim oczom ukazał się Haz siedzący na swoich piętach przy szafie i trzymający w obu rękach swój szary sweterek na wysokości twarzy. Nawet mnie nie zauważył. Wyglądał uroczo marszcząc swoje czółko. Przysunął materiał do nosa, zaciągnął się jego zapachem po czym się skrzywił. Ledwo powstrzymałem chichot, był taki słodki. Zgniótł ubranie w rękach i wyrzucił za siebie na jakąś kupkę. Sprzątał? On też?
- Haz...? - spytałem niepewnie.
- Louis! - pisnął po czym z szerokim uśmiechem wstał i rzucił się na mnie. Objął rękoma moją szyję i stanął na palcach.
- Boże, kochanie... - zaśmiałem się łagodnie w jego loczki. Pachniały czekoladą.
- Tęskniłem. - westchnął cicho.
- Wiem. Ja też. - odsunąłem go od siebie na odległość ramion. Przyjrzałem mu się. Jego oczy były smutne ale cieszyły się na mój widok. Nie chciałem jednak teraz poruszać tego tematu. W zamian cmoknąłem go w jego różowiutkie usteczka. Uśmiechnął się.
- Mam coś dla ciebie. - przerwałem przyjemną ciszę po czym pokazałem mu paczkę pianek. Jego oczka automatycznie się zaświeciły a uśmiech poszerzył, niemalże dosięgając uszu. Wyrwał mi słodycze z dłoni a następnie otworzył plastikowe opakowanie. Wyjął kilka pianek i wepchnął je sobie do buzi.
- Ej, podziel się. - obruszyłem się robiąc z ust dziubek. Harry zachichotał ale wyjął jedną piankę i przystawił do mojej buzi. Otworzyłem ją i wystawiłem język a on spokojnie położył na nim słodycz. Uśmiechnąłem się do niego a on znów wpakował sobie kolejne pianki i zaczął wolno przeżuwać.
- Jesteś niemożliwy. - zaśmiałem się.
Kiedy się ogarnęliśmy postanowiliśmy zejść do Dani. Miałem z nią porozmawiać i bałem się, że ucieknie. Bałem się też, że stało się coś złego. Dziś rano się rozpłakała. Martwiło mnie to. Nigdy jej takiej nie widziałem. Naprawdę coś było nie tak, w złym sensie. Nie mogłem się przecież pomylić tak samo jak w kwestii Zayna. U niego było w porządku, a nawet bardzo. Natomiast u Danielle... Naprawdę musiałem z nią porozmawiać.
Usiedliśmy z Harrym na kanapie naprzeciw telewizora jednak zwróciliśmy się w kierunku dziewczyny, która siedziała na fotelu obok. Objąłem chłopaka ramieniem a on niemalże położył się na mojej piersi. Ucałowałem go we włosy a on przerzucił ramię przez mój brzuch. Spojrzałem na dziewczynę. Była smutna. Ciekaw byłem czy Harry to zauważył dzisiaj ale już nie pytałem. Danielle wciągnęła nogi pod pośladki a dłonie ułożyła na swoich kolanach. Jej wzrok był skierowany w dół. Był pusty, nieobecny, smutny.
- Dani. - zacząłem spokojnie z myślą, że spojrzy na mnie. Jednak nie. Cisza ta trwała może trochę dłużej niż pięć minut. Peazer siedziała ciągle w tej samej pozycji, Harry prawie przysypiał a ja wpatrywałem się w przyjaciółkę zmartwiony. Nie wiedziałem jak zacząć tę rozmowę, jak wyciągnąć z niej to co w sobie dusiła i nie chciała powiedzieć. Kurde, nie jestem psychologiem. Jak miałem to rozegrać? Nie chciałem, żeby się rozpłakała czy coś. W tej chwili było mi jej strasznie żal.
- Powiesz mi co... - spróbowałem ponownie ale Danielle szybko mi przerwała.
- Rozstałamsięzliamem. - co?
Powiedziała tak cicho i niewyraźnie. Nie zrozumiałem.
- Co?
- Ech. - westchnęła głośno. Jej głos drżał. - Rozstałam się z Liamem. - powtórzyła tym razem wolno i wyraźnie. A mi aż mowę odjęło. Czy ja dobrze usłyszałem? Naprawdę?
- Co? - zdziwił się Harry wybudzając się ze swojej drzemki. Opierał się na ramionach i wpatrywał ze zdziwieniem w dziewczynę, która od dobrych dziesięciu minut siedziała w tej samej pozycji.
Nie mogłem w to uwierzyć. Danielle i Liam. Najcudowniejsza para pod słońcem. Byli przecież dla siebie stworzeni. Co poszło nie tak? Payne już nie raz mi mówił, że planuje się oświadczyć. Mieszkają razem. Kochają się. Każdy to powie widząc ich razem. Gruchają do siebie co chwilę kiedy są obok siebie. Czasami sam nie mogłem na nich patrzeć chociaż z Harrym zachowuję się tak samo. Co spowodowało, że się rozstali? Czy to jakiś głupi żart?
- Dani... - odezwałem się po chwili ciszy. Dziewczyna w końcu podniosła na mnie wzrok. Jej oczy świeciły się od łez. Serce mnie bolało na ten widok. Wstałem szybko z kanapy i podszedłem do niej biorąc ją w swoje ramiona. Wtuliła się we mnie mocno i na dobre rozpłakała. Usiadłem obok niej ciasno ją obejmując i gładząc uspokajająco po plecach. Drżała w moich uścisku. Czułem, jakbym sam miał się zaraz rozpłakać.
Wzdrygnąłem się czując czyjeś dłonie na swoich barkach. Obróciłem się delikatnie i westchnąłem przymykając powieki. To przecież był Harry. Smutny Harry, który najwyraźniej też chciałby się przytulić. Zrobiłem mu więc trochę miejsca i wcisnął się pomiędzy mnie a Danielle. Objął ją mocno a ona spojrzała na mnie mokrymi oczami. Posłałem jej delikatny uśmiech i w momencie usłyszeliśmy chlipnięcie. Harry się rozpłakał.
- Och, kochanie. - westchnąłem po czym wtuliłem się w jego plecy a Danielle tuliła go do swojej piersi. Wszyscy wiemy, że Haz jest bardzo wrażliwy. Szczególnie ostatnio.
- Hej, nie płacz. - szepnęła mu Dani na co on zaniósł się jeszcze większym płaczem.
- Dlaczego? - odezwałem się do dziewczyny. Zrozumiała o co mi chodzi. Przymknęła oczy i wzięła drżący oddech.
- Od dawna nam się nie układało. - powiedziała cicho, pocierając plecy mojego chłopaka. Chciałem zapytać dlaczego nic mi nie mówiła. Ona jak i Liam. Ale powstrzymałem się, nie chciałem robić jej teraz wyrzutów. - Wczoraj przeprowadziliśmy tę rozmowę. Mieliśmy ostatnio coraz mniej dla siebie czasu. Oboje czuliśmy, że coś się psuje. Staraliśmy się temu zapobiec. Jakieś randki, miłe wspólne wieczory, noce... Liam kupował mi różne prezenty, ja... - urwała na chwilę. - Stwierdziliśmy, że to nie ma sensu. Wczoraj oboje to zakończyliśmy. - w jej oczach znów pojawiły się łzy a dolna warga zaczęła drżeć. Już naprawdę nie wiedziałem co powiedzieć, jak ją pocieszyć.
Nie powiedziałem nic. Przytuliliśmy się w trójkę i trwaliśmy tak długi czas. Dopóki Harry się uspokoił. Potem dziewczyna doprowadziła się do porządku, pożegnała z nami i wyszła. Pojechała do mamy. Dlatego dziś przyszła później, jak się dowiedziałem. Wstała wcześniej od Liama, który spał w pokoju gościnnym, spakowała swoje rzeczy i zawiozła je do rodzicielki, wcześniej mówiąc jej co się stało. A potem przyjechała do nas.
Nadal nie potrafiłem przyjąć do wiadomości, że Liam i Danielle już nie są razem.
Wieczorem postanowiłem zadzwonić do Liama. Chciałem go poprosić, by przyszedł do mnie, byśmy mogli spokojnie porozmawiać. Wiedział o czym. Powiedział, że nie może. Że nie chce o tym gadać i chce być teraz sam. Stwierdził, że musi to przemyśleć, to co zrobili z Danielle. Czułem, że nie był pewny ich decyzji. Jednak nic nie mówiłem. Postarałem się uszanować jego prośbę, by przełożyć rozmowę na inny dzień. Rozłączył się bez pożegnania. Szczerze mówiąc to byłem na niego wściekły. Nie wiem o czym oni oboje z Danielle myśleli rozstając się ale byłem pewny, że to ich najgorszy pomysł w całym ich życiu. A Payne jest w końcu mężczyzną! Jak mógł to zrobić biednej, delikatnej i kruchej Danielle! Jak mógł w ogóle pozwolić jej odejść. Nie rozumiem. A jeśli to on tego chciał, jeśli to on wpadł na ten pomysł to przysiągłem sobie, że jak tylko go spotkam i okaże się to prawdą to mu rozkwaszę twarz. Naprawdę w tej chwili byłem strasznie wściekły. Miałem ochotę rzucić telefonem, który trzymałem w dłoni. Jednak Harry szybko mnie powstrzymał. Zabrał mi urządzenie z dłoni i poprosił, bym się położył. Zrobiłem więc tak jak chciał. Poczułem, że rozpina mi koszulę. Zdjął ją i odwiesił na wieszak. Następnie pozbył się moich spodni i skarpetek zanosząc wszystko do łazienki. Obserwowałem jak Harry zdejmuje z siebie ubrania po czym położył się obok mnie. Zakrył nas kołdrą i ułożył swoją głowę na mojej piersi. Musnął ustami moją skórę a mnie przeszedł dreszcz. Zawsze tak na mnie działał.
Poczułem jak na oślep szuka mojej dłoni więc pomogłem mu chwytając jego. Splotłem razem nasze palce i uśmiechnąłem się do siebie. W tej chwili byłem pewny, że nie ważne co się stanie, nie ważne jak źle będzie, nigdy nie pozwolę mu odejść. Harry to miłość mojego życia, to ten jedyny. Nie wyobrażałem sobie zestarzeć się bez niego. To było niemożliwe. Byłem przekonany, że my to... na zawsze.
- Wrócą do siebie, zobaczysz. - usłyszałem jego ledwo słyszalny szept. Ucałował mnie w miejsce gdzie znajduje się moje serce, jego ulubione miejsce do całowania na moim ciele, i nawet nie zdążyłem mrugnąć a on już zasnął.
piątek, 25 kwietnia 2014
Rozdział 10. - To tata.
Cześć wszystkim. Długo mnie tu nie było, co? Przepraszam. Byłam skupiona na IIWYB. Teraz to opowiadanie się skończyło i mogę się wziąć za to. Cieszycie się?
Rozdział wydaje się długi ale jest krótki w sumie ze względu na dialogi. A one w tym rozdziale są potrzebne. Dowiecie się nieco więcej o Harrym i szczególnie o Lou. Dużo rozmów, heh...
Szybko mi się to pisało. Dwa dni? Tak myślę... chyba dlatego, że się stęskniłam i chciałam już napisać rozdział. Najlepiej chciałabym już napisać wszystko, całe opowiadanie. Taką po prostu mam chęć. Ale teraz boli mnie głowa wiec idę odpocząć. A Wy sobie czytajcie.
I prosiłabym o komentarze (pewnie Was to już wkurza). Chciałabym wiedzieć kto tutaj ze mną został i czy rozdział jest w porządku. Jeśli macie do mnie jakąś inną sprawę to wiecie gdzie pisać. TU. Lub pytania do postaci o których chyba już wszyscy zapomnieli... TU.
Rozdział dedykuje biednemu Loulou z którym nie wiadomo co się dzieje a ja tak bardzo się boję o niego...
ENJOY!!!
Niedziela, 15 lipca, 2012.
Ostre światło słoneczne przebijało się przez ciężkie zasłony i po chwili trafiło na moją twarz. Skrzywiłem się lekko mlaskając przy tym ustami i położyłem sobie dłoń na oczach. Zaraz dotarło do mnie śpiewanie ptaków i już wiedziałem, że nie zasnę. Przekręciłem się w stronę mojego chłopaka, plecami do światła, i po dłuższym zastanowieniu w końcu otworzyłem oczy. Pierwsze co zobaczyłem to nagie łopatki Harry'ego. Przesunąłem wzrokiem do góry, przez jego szyję i zatrzymałem się na jego czekoladowej czuprynie. Uśmiechnąłem się do siebie po czym przysunąłem bliżej niego i przełożyłem ramię przez jego pas kładąc dłoń na jego podbrzuszu. Poczułem jak się wierci i wypycha swoje nagie pośladki w moją stronę. Zachichotałem, bo to znak, że Haz nie śpi a ja mam dać mu spokój. Na przekór jego niemej prośbie ucałowałem go w ucho liżąc przy tym małżowinę.
- Tomlinson. - wymamrotał starając się uwolnić z mojego uścisku a ja próbowałem nie wybuchnąć śmiechem. Był taki uroczy.
- Tak, Styles? - wymruczałem mu do ucha na co spiął się lekko. Chwilę się nie ruszał oddychając spokojnie i kiedy już chciałem się odezwać on gwałtownie obrócił się do mnie moją dłoń zatrzymując na swoim biodrze.
Oczka miał zamknięte ale uśmiechał się słodko. Przysunąłem swoją twarz bliżej jego po czym złączyłem nasze czoła a nosem potarłem o jego. Zachichotał uroczo na co chwyciłem jego nagie udo i pociągnąłem na swoją nogę. Momentalnie otworzył oczy i zaczął mi się przyglądać. Jego oczy były tak niesamowicie zielone, że nawet najbardziej zielona, irlandzka trawa mogłaby się wstydzić. Nikt nie miał takich pięknych oczu jak mój chłopak. Każdego dnia zakochiwałem się w nim na nowo. A najpiękniejszy był kiedy się budził. Takiego go uwielbiałem; zaspanego z zarumienioną buźką, rozczochranymi loczkami i niewiarygodnie zielonymi oczami.
- Dzień dobry, kochanie. - szepnąłem prosto w jego usta po czym złączyłem je razem z moimi na dłuższą chwilą.
- Dobry, panie Tomlinson. - odparł nieco głośniej niż ja, kiedy oderwaliśmy się od siebie.
- Harry! - pisnąłem uderzywszy go lekko w ramię. Zachichotał a ja od razu mu wtórowałem. Uwielbiałem nasze wspólne poranki, bo wtedy był naprawdę szczęśliwy. Gdybym mógł to zostałabym z nim w naszym łóżku na zawsze jeśli tylko by się do mnie uśmiechał.
- Co jest, panie Tomlinson? - wyszczerzył się do mnie a ja udawałem zdenerwowanego chociaż tak naprawdę miałem ochotę głośno się śmiać.
- Nie mów tak do mnie. Czuję się staro. - jęknąłem wysuwając dolną wargę i robiąc smutne oczka. Uśmiech Harry'ego poszerzył się jeszcze bardziej.
- Lubię starszych. - odparł niskim głosem na co mój penis lekko drgnął. Nie teraz - pomyślałem.
- Wiem, skarbie. A ja młodszych. - odpowiedziałem starając się aby i mój głos zabrzmiał tak uwodzicielsko jak jego.
- Mmm... - przysunął się bliżej do mnie muskając swoim nosem mój obojczyk i wymruczał w moją klatkę piersiową. Objął mnie ramieniem w pasie a swoją stopę wsunął między moje łydki. Westchnąłem w jego włosy po czym ucałowałem go w nie. Był taki cieplutki a to, że wtulił się we mnie jak miś koala sprawiło, że moje powieki automatycznie opadły i znów poczułem się senny.
- Lou... - wyjęczał do mojej piersi. - Zostańmy dziś w łóżku. - poprosił cicho po czym zadarł swoją główkę do góry i spojrzał na mnie maślanymi oczkami. Już chciałem się odezwać kiedy on mi przerwał. - Wczoraj byłeś w pracy. Chociaż była sobota. Więc dzisiaj zostańmy tu i nic nie róbmy. - fakt, wczoraj musiałem iść do pracy, by odrobić piątek. Dziś więc mieliśmy jednodniowy weekend. - Proszę?
- No dobrze. - wyszczerzył się do mnie po czym cmoknął mnie w nos. - Ale zjemy śniadanie, w porządku?
Harry nie był zbytnio zadowolony moim warunkiem ale przystał na to pod wpływem moich ust na jego brzuszku. Nie powiem, że zdziwiło mnie to, gdyż Haz to osoba, która wiecznie mi przypominała o tym jak ważny jest posiłek rano. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Cały dzień możesz nie jeść ale zjedz chociaż śniadanie. - zawsze tak mówił kiedy wychodziłem do pracy bez posiłku. Dlatego też zdziwiłem się kiedy nie bardzo chciał zjeść razem ze mną. Ale nie drążyłem tematu. Uległ mi i właśnie szykował nam omlety co było najważniejsze.
Siedziałem przy stole i obserwowałem jak wrzuca na patelnie przeróżne składniki. Najpierw przyuważyłem pomidor, brokuły, kukurydzę, potem widziałem, że wkrajał szczypiorek a na koniec posypał jakimiś przyprawami. Byłem przekonany, że omlet jest już gotowy kiedy on złożył go na pół i smażył dalej z dwóch stron. Niecierpliwiłem się trochę ale widząc jak jego ciało porusza się delikatnie przy muzyce wydobywającej się z radia, zgodziłem się sam ze sobą, iż ten widok jest godny czekania na pyszne śniadanie. Haz zapewne nawet nie był świadom co robi jego ciało słysząc cichą muzykę. Byłem pewny, że robi to nieświadomie co sprawiało, iż jeszcze bardziej przekonywałem się, że mój chłopak jest urodzonym tancerzem.
Jak zwykle w takiej chwili zrobiło mi się smutno. Zapragnąłem, by wrócił na treningi i wciąż się rozwijał. Marzyłem o tym, aby kontynuował swoją pasję jednak jemu to już nie było w głowie. Nie rozumiałem tylko dlaczego. Przecież on kochał taniec. Tańczył od kiedy pamiętam. To znaczy, tańczył kiedy jeszcze nie byliśmy razem. Tańczył jak był małym chłopcem. I mogę się nawet założyć, że najpierw zaczął tańczyć a potem chodzić a jego pierwszym słowem był taniec. Tak, takie było moje przeświadczenie, taka była wizja przeszłości mojego chłopaka jeśli chodzi o jego pasję. Nie mogłem znieść myśli, że on już tego nie chce. A przecież zakochałem się w nim kiedy tańczył! Ale jeśli on naprawdę po prostu to rzucił to kim ja jestem, żeby mówić mu co ma robić?
Westchnąłem do siebie kiedy Haz wyłączył kuchenkę. Spojrzałem na niego jak wyjmował dwa talerze z szafki obok po czym kładzie je na stole po przeciwnej stronie, jeden przed moimi dłońmi. Obrócił się po patelnie, postawił ją na stole a omleta na niej przekroił na dwie części. Jedna połówka znalazła się na moim talerzu a druga na jego. Jeszcze podał mi szklankę soku i widelec i w końcu zajął swoje miejsce. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko a moje serce zatrzepotało na ten widok. Chciałbym już zawsze widzieć go takiego. Automatycznie w mojej głowie pojawiła się myśl, że dziś może stać się coś przez co Harry się rozpłacze lub po prostu później straci humor.
- Louis? - usłyszałem zmartwiony głos Harry'ego. Od razu uniosłem głowę ku górze i spojrzałem w jego piękne oczka.
- Hmm? - mruknąłem nadal będąc trochę zamyślonym.
- Stało się coś? - spytał smutnym tonem. - Nie smakuje ci? - przekręcił swoją główkę na prawo jak robią to małe kotki czy pieski na co na mojej twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech. Był taki słodki, a ja tak bardzo go kochałem.
- Nie, skąd. Po prostu się zamyśliłem. - odparłem po czym chwyciłem widelec, ułamałem kawałek omletu i włożyłem sobie do ust. Było pyszne, jak zwykle wszystko co mój Haz przygotował.
- Aofym? - zaciekawił się konsumując swoją część.
- Po pierwsze, nie jedz z pełną buzią. A po drugie, myślałem o tym jak bardzo kocham kiedy się uśmiechasz. - na moje słowa usta Harry'ego rozciągnęły się w szeroki łuk. Chciał się już odezwać kiedy spojrzałem na niego wymownie, by wpierw przełknął.
- Jesteś słodki. - odparł nachylając się do mnie przez stół. Ja szybko zrobiłem to samo po czym złączyliśmy nasze usta w słonym pocałunku.
Kiedy skończyliśmy śniadanie wróciliśmy do naszego łóżka. Haz ponownie zdjął z siebie bieliznę i nie zważając na mój cichy chichot wpełzł nagi pod kołdrę. Praktycznie od zawsze spał nago. Pamiętam naszą pierwszą wspólną noc kiedy mama wyrzuciła go z domu a ja oczywiście wziąłem go do siebie. Wtedy tak bardzo się krępował powiedzieć mi, że zawsze śpi nago. A ja następnego dnia pierwszy raz zobaczyłem go takiego.
Założyłem na siebie kolorowe szorty do spania i czarną bokserkę po czym wyszedłem z łazienki. Mój chłopak już wykąpany siedział w dresach na moim - teraz już naszym łóżku i bawił się swoimi palcami. Jego oczy nadal były podpuchnięte, gdyż przez cały praktycznie dzień płakał w moich ramionach. To co zrobiła jego mama naprawdę go zabolało a mnie bardzo wkurzyło. Jednak na razie postanowiłem nie mieszać się w ich sprawy.
Podszedłem do niego i usiadłem obok po czym objąłem go ramieniem. Ucałowałem go w skroń i zauważyłem, że na jego usta wpełzł delikatny uśmiech. Poprawiło mi to humor oczywiście. Nie mogłem patrzeć na jego smutek. Cieszyłem się, iż potrafię sprawić, że się uśmiecha.
- Hej, kochanie... już dobrze. Jestem przy tobie, tak?
- Mhm. - przytaknął nieśmiało. Mimo, że byliśmy ze sobą pół roku on nadal był wstydliwy w moim towarzystwie. Co oczywiście uważałem za urocze.
- Chodźmy już spać, dobrze? - zaproponowałem odsuwając się od niego. Położyłem się na brzegu łóżka, bo wiedziałem, że Haz lubi spać przy ścianie. Odkryłem kołdrę i zachęciłem go, by położył się obok mnie jednak on tylko spojrzał na mnie smutno.
- Co się dzieje, Harry? - spytałem zmartwiony. Wróciłem do pozycji siedzącej i chwyciłem jego cieplutkie dłonie w swoje. Uniosłem je do swojej twarzy i na wierzchu każdej złożyłem delikatny pocałunek a Harry uśmiechnął się na ten gest. - Posłuchaj mnie. Wiem, że jest ci ciężko, szkrabie. Twoja matka zachowała się podle, i w tej chwili naprawdę powstrzymuję się od skomentowania jej zachowania, bo nie chcę, żebyś wiedział jaką opinię mam o kobiecie, która dała ci życie, - na te słowa Harry zachichotał - ale masz mnie, tak? Jestem przy tobie, skarbie i już jej nie pozwolę więcej cię skrzywdzić. Kocham cię. - chłopak słysząc ostatnie dwa słowa gwałtownie uniósł głowę do góry. Pierwszy raz wyznałem mu miłość. Widziałem jak w jego oczach zbierają się łzy i słodko się do mnie uśmiecha.
- Ja ciebie też kocham, Louis. - przyznał po czym złączyliśmy razem nasze usta. Pocałunek trwał długą chwilę dopóki moja dłoń nie trafiła na bok Harry'ego i zaczęła go łaskotać a on zaczął mi się śmiać w usta. Opadł na poduszki a ja usiadłem na nim okrakiem. Chwyciłem jego nadgarstki i przyparłem je do pościeli nad jego głową.
- Kocham cię. Tak bardzo cię kocham... - szepnąłem w jego wargi i musnąłem je lekko. Po chwili wpatrywania się w jego oczy przeturlałem się na swoją stronę łóżka i zakryłem nas kołdrą po same szyje. Rozłożyłem ramiona, by Haz mógł wtulić się we mnie ale on patrzył na mnie lekko przestraszony.
- Co jest? - spytałem zatroskany. Harry w momencie spuścił wzrok na pościel i zaczął nerwowo bawić się jej kawałkiem. Zauważyłem, że jego policzki robią się mocno czerwone co sprawiło, że uśmiechnąłem się szeroko. Był taki słodki. - Hej. - szepnąłem przysuwając się do niego. - Jesteśmy razem, Harry. Kochamy się, tak? Nie musisz się mnie wstydzić. Chciałem cię tylko przytulić do snu. Pary tak robią, nie? - uśmiechałem się do niego przeczesując jego loki.
- To nie o to chodzi, Lou. - odparł ledwo słyszalnie. Ująłem między kciuk a palec wskazujący jego podbródek, uniosłem jego głowę do góry i spojrzałem w jego zawstydzone oczka.
- A o co?
- Bo widzisz, ja... ja śpię... po prostu tak lubię. Pewnie stwierdzisz, że to dziwne... czy coś... ale ja... po prostu, no... ja lubię, ja.. - zaczął się jąkać na co zachichotałem cicho po czym cmoknąłem go w nos.
- Po prostu powiedz mi o co chodzi, kochanie. To nie takie trudne. Mówimy sobie wszystko, pamiętasz? - uśmiechnąłem się do niego i kciukiem potarłem jego policzek. Harry pokiwał lekko głową po czym przymknął oczy i westchnął.
- Zawsze śpię nago. - odparł na jednym wdechu a mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. Harry był niemożliwie uroczy i wątpię, że istnieje osoba, która mogłaby go pokonać w tej niewinności.
- To w porządku. Mnie to nie przeszkadza. - przyznałem a on gwałtownie uniósł spojrzenie na mnie.
- Nie? - jego policzki pokryły się jeszcze większym szkarłatem.
- Oczywiście. Jeśli tak lubisz to proszę bardzo. Ja się dostosuję. - powiedziałem a następnie potarłem swój nos o jego. Harry zachichotał. - No już, możesz się rozebrać. - na te słowa Harry przymknął oczy i teraz też jego szyja zrobiła się czerwona. Zaśmiałem się głośno po czym usiadłem na nim okrakiem. Cały czas wpatrywałem się w jego ciekawskie oczka a dłońmi sunąłem w dół jego ciała, po bokach. Zatrzymałem się przy końcach koszulki i chwyciłem obiema rękami jej rąbek i pociągnąłem do góry zdejmując ją z niego. Moim oczom ukazał się cudownie wyrzeźbiony brzuch, który falował pod wpływem nerwowego oddychania chłopaka. Nachyliłem się do jego torsu i złożyłem mokry pocałunek w miejscu gdzie znajdowało się jego serce. Usłyszałem jak z jego ust wydobywa się cichy jęk i uśmiechnąłem się w jego skórę. Nachyliłem się do niego i wyszeptałem w jego wargi: - Jesteś taki piękny. - po czym ucałowałem je.
Harry zbytnio się wstydził, żeby na moich oczach się rozebrać do końca więc zszedłem z niego i położyłem się obok. On pod kołdrą zdjął z siebie dresy i bokserki a moje oczy się rozszerzyły. Za dużo sobie w tamtej chwili wyobrażałem i starałem się uspokoić swój organizm. Pomogła mi w tym myśl, że on dopiero miesiąc temu skończył osiemnaście lat a ja miałem mieć w tym roku, w grudniu dwadzieścia sześć. Był młodszy o te niespełna osiem lat rocznikowo, ale tak naprawdę to o siedem lat i ponad miesiąc.
Spojrzałem na niego a on uśmiechnął się do mnie słodko. Przyglądał się mi jak ja zdejmuje z siebie koszulkę i potem szorty. A kiedy zauważył, że moje bokserki również lądują na dywanie znów jego twarz pokryła się czerwienią. Przybliżyłem się do niego po czym ucałowałem w czoło a następnie rozłożyłem ponownie ramiona. Wahał się chwilę ale ostatecznie przylgnął do mojego boku głowę kładąc na mojej piersi. Czułem ciepło bijące od jego ciała i było mi tak przyjemnie z nagim Harrym tak blisko nagiego mnie. Nie mogłem uwierzyć w to co się właśnie działo. Objąłem go w pasie kładąc dłoń na jego biodrze a podbródek oparłem o jego główkę, nos chowając w pięknie pachnących lokach. On natomiast swoją dłoń ulokował na moim brzuchu. Nie mieliśmy nawet najmniejszego zamiaru się dotykać. Po prostu spaliśmy nago w swoich objęciach. Ucałowałem go jeszcze we włosy i mówiąc sobie ciche dobranoc poszliśmy spać.
A następnego ranka zobaczyłem go całego, nagiego.
Leżeliśmy w swoich objęciach bardzo długo. Byłem pewien, że kilka godzin. Wymienialiśmy się co chwila słodkimi buziakami czy uroczymi komplementami. Naprawdę nie chciałem wychodzić teraz z łóżka. Już nigdy. Harry był szczęśliwy więc ja też. Tak bardzo cieszyłem się widząc go takiego. On chował nos w zagłębieniu mojej szyi a ja głaskałem go po nagich plecach. Druga moja dłoń splątana była z jego. Czułem jak jego kciuk gładzi miejsce pomiędzy moim kciukiem a palcem wskazującym. Uśmiech nie mógł zejść mi z twarzy. Harry dawno taki nie był. Przez moją pracę, ciągły wspólny tres i psychologa nie mogliśmy sobie pozwolić na takie czułości. To znaczy, nie było czasu ani odpowiedniego momentu. Pocieszanie Harry'ego się nie liczy, bo to pocieszanie. A teraz po prostu byliśmy szczęśliwi. W tejże chwili. Bez żadnego pretekstu. Razem.
Usłyszałem jak na dole dzwoni telefon stacjonarny. Jęknąłem na to zdarzenie a Harry mi wtórował. Ten kto śmiał przerwać naszą piękną chwilę będzie gorzko tego żałował. Już miałem się podnieść kiedy Harry pociągnął mnie w dół za ramię. Bardziej się na mnie położył i przyparł do łóżka wszystkimi siłami jakie miał.
- Haz, a jeśli to coś ważnego? Jeśli to ktoś z pracy? - spytałem i w momencie telefon przestał dzwonić.
- Jejku, oddzwonisz. Teraz spędzasz miło czas ze swoim chłopakiem. - powiedział dumnie po czym ucałował mnie w pierś.
- No dobrze. - zgodziłem się. Harry już tak nie naciskał na moje ciało więc odprężyłem się. Czułem jak suwa swoimi ciepłymi paluszkami po moim torsie a mnie przeszedł przyjemny dreszcz... kiedy rozbrzmiał dzwonek telefonu Harry'ego. Rozejrzałem się po pokoju, by go znaleźć; leżał pod oknem balkonowym i kręcił się w kółko ze względu na włączone wibracje.
- Harry. - mruknąłem w jego włosy - To ktoś do ciebie, kochanie. Odbierz.
- Nie chce mi się. - uparł się trzymając się kurczowo mojego ramienia. Nie miałem jak wydostać się z jego uścisku więc leżałem i czekałem, aż dzwonek ustąpi. Po chwili jednak znów usłyszeliśmy refren "Paradise". Zdenerwowany Harry zwlókł się ze mnie i podreptał do telefonu kręcąc przy tym swoimi nagimi pośladkami na co zaśmiałem się głośno. Sięgnął po telefon a jego oczy nagle zrobiły się niesamowicie duże a uśmiech powiększył się tak bardzo, że chyba bardziej się nie da.
- Co jest? - spytałem siadając na łóżku z zamiarem podejścia do niego. - Kto to?
- To tata! - pisnął i za chwilę znalazł się obok mnie podrygiwując z podekscytowania.
- To odbierz! No już! - cieszyłem się razem z nim. Jego tata był w Irlandii razem z jego siostrą, pracowali tam. Ostatni raz Haz miał okazję rozmawiać z nim kilka miesięcy temu kiedy matka wyrzuciła go z domu a widzieli się prawie rok temu. Z Desmondem Harry jest chyba nawet bardziej związany niż z mamą. On jako pierwszy dowiedział się o odmienności syna i zaakceptował go. Nie to co Anne. I naprawdę chciałem w końcu poznać tego faceta.
Po chwili się uspokoił się a ja usiadłem za nim obejmując go w pasie. Przesunął kciukiem po ekranie i przyłożył telefon do ucha.
- Halo? - odezwał się drżącym głosem, widziałem, że się denerwował.
- Harry? Cześć, mały. Tata dzwoni. - odezwał się mężczyzna po drugiej stronie, zauważyłem, że na te słowa twarz Harry'ego robi się lekko różowa. Zachichotałem mu do ucha po czym ucałowałem je lekko.
- Tato! - jęknął niezadowolony tak samo jak ja kiedy powiedział do mnie po nazwisku. - Nie mów tak do mnie, jestem duży. - mruknął wiercąc się w moich ramionach. Szeptem poprosiłem go, by włączył na głośnomówiący.
- Tak, wiem. - zaśmiał się mężczyzna. - Więc co u ciebie, maluchu? - w jego głosie dało się słyszeć, że się uśmiecha. Harry oblał się jeszcze większym rumieńcem a ja z trudem starałem się nie roześmiać. - Okej, w porządku, już nic nie mówię. - odezwał się kiedy Haz nic nie mówił. - Co słychać?
- W porządku. - odpowiedział Harry uśmiechając się delikatnie. Tak naprawdę to nie było w porządku. Jasnym dla nas było co ostatnio się dzieje, szczególnie z Harrym, ale wiedziałem, że chłopak nie powie tego tacie. W sumie to on pewnie uważa, że to nic takiego, że nie musi go o tym informować. Więc dla Harry'ego jest w porządku.
- Co u mamy? - spytał delikatnie mężczyzna jakby bał się poruszać ten temat. Wiedział co się stało.
- Nie wiem. - odpowiedział Harry po dłuższej chwili. Jego głos już nie był taki pewny jak kilka sekund wcześniej.
- Spokojnie, kochanie. - poprosiłem cicho ucałowawszy go w policzek. Rozluźnił się.
- Och, dobrze. - mruknął Desmond. Czułem, że był zły na siebie o to pytanie. - Ej, słyszę tam kogoś. Czyżby to Louis? - zaciekawił się radosnym głosem. Haz od razu poprawił się na miejscu a na jego buźkę wtargnął słodki uśmiech. Ja też się rozpromieniłem. - Louis tam z tobą jest?
- Tak, wiesz... my... spędzaliśmy miło czas dopóki ktoś nam nie przerwał. - zachichotał Harry. Cieszyłem się na ten widok i bardzo chciałem, by zostało tak do końca dnia.
- Ach tak? Przerwałem w czymś ważnym? - odparł zadziornie mężczyzna. Z ust mojego chłopaka znów wydostał się cichy śmiech. Podziwiałem w nich to, że tak swobodnie rozmawiają na takie tematy. W sumie mój tata też taki był.
- Tak, Lou właśnie mnie rozbierał i...
- Harry! - pisnąłem zażenowany a w odpowiedzi dostałem dwa głośno śmiechy. - To nie tak, proszę pana. Harry zmyśla. Tylko się przytulaliśmy. - odparłem zawstydzony. Czułem się jakbym znów miał siedemnaście lat.
- Po pierwsze, witaj Louis. A po drugie, to twoja sprawa co robisz z moim synem w łóżku.. - powiedział ciepło i tym razem to moja twarz pokryła się purpurą a Harry starał się zdusić w sobie śmiech.
- Dzień dobry. - odpowiedział troszkę pewniej. - I my z Harrym nic nie robiliśmy, naprawdę. - starałem się przytrzymać moją wersję jako tę prawdziwą.
- Dobrze, już dobrze. - zaśmiał się Des i ja w końcu też się uśmiechnąłem. - A tak w ogóle to miło cię poznać. W końcu. - tak, to było nasze pierwsze "spotkanie".
- Wzajemnie. - odparłem z uśmiechem. - Cieszę się, że Harry ma takiego tatę.
- A ja się cieszę, że mój syn ma takiego chłopaka. Jest z tobą szczęśliwy, prawda?
- Oczywiście. - przyznałem dumnie. - Szczęśliwy, bezpieczny i czegokolwiek jeszcze zechce.
- Ej, ja tu ciągle jestem. - zaśmiał się Haz a my mu wtórowaliśmy.
- W porządku. Więc... dzwonię, Harry, po to by coś oświadczyć. - zaczął poważnie Desmond.
- Co się stało? - przeraził się mój chłopak jednak szybko go uspokoiłem pocałunkiem w głowę.
- Nic strasznego, tak naprawdę. A przynajmniej dla mnie. I wydaje mi się, że dla ciebie również. Okej, prosto z mostu. Będziesz miał braciszka, Harry. Jennifer jest w czwartym miesiącu ciąży. - zaćwierkał do telefonu. Jennifer to narzeczona Desmonda od jakichś dwóch lat. Na tę informacje moje oczy rozszerzyły się do granic możliwości a Harry zatkał usta dłonią. - Harry? Jesteś tam? - zaniepokoił się Styles.
- Ja, um... tak. Tylko... wow. Tato, zaszalałeś! - zaśmiał się Harry co i u mnie wywołało cichy śmiech.
- Hah, no tak. W końcu się nam udało. - ucieszył się mężczyzna. - Dowiedzieliśmy się dopiero niedawno kiedy Jenni zaczęła się źle czuć a jej brzuszek był jakiś dziwnie większy. - zaśmiał się a Haz odpowiedział tym samym. - Jestem taki szczęśliwy. To już moje trzecie dzieło. - tym razem to ja się zaśmiałem.
- Mam pan power. - powiedziałem z uśmiechem a Harry wtulił się w mnie.
- Tak, też tak sądzę. Jenni miała pięćdziesiąt procent szans na zajście w ciąże ale ma przecież przy sobie stuprocentowego mężczyznę więc udało się nam! - ucieszył się. Słychać było, że był naprawdę szczęśliwy a Harry razem z nim. Zawsze marzył o braciszku i o to ma - osiemnaście lat młodszego.
- Jennifer to fajna babka, tato. - powiedział Harry z uśmiechem i rumieńcami. Desmond odpowiedział mu chichotem. - Naprawdę się cieszę i gratuluję wam.
- Dzięki, maluchu. - o dziwo Harry nic nie powiedział na ten epitet. Ciągle się uśmiechał.
- Tęsknie za wami... i za Gemmą. - odezwał się teraz nieco mniej pogodnym głosem.
- My też tęsknimy, maluchu. - przyznał ojciec. - Chciałbym cię teraz przytulić, wiesz? Tak dawno tego nie robiłem...
- Przyjedźcie! - zaproponował rozentuzjowany. - Są wakacje! Przyjedźcie, proszę. Wszyscy najlepiej.
- Harry... - zaczął spokojnie Desmond. Widziałem jak z buźki Harry'ego znika uśmiech. Był przygotowany, że ojciec powie nie. - Masz rację. Jak tylko znajdziemy kilka dni wolnych to od razu jesteśmy w Londynie. - powiedział radośnie a Harry znów się rozpromienił.Tak długo się nie widzieli, że to jasne, iż się bardzo ucieszył.
- Naprawdę? Jejku! Już się nie mogę doczekać! Poznasz w końcu Lou, tak na serio! - zapiszczał do słuchawki a ja nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Haz, spokojnie. - zachichotałem mu do ucha.
- Tak, ja też się cieszę. To widzimy się niedługo, tak?
- Już kończysz? - Harry posmutniał.
- Tak. Jestem w pracy a moja przerwa zaraz się kończy - westchnął mężczyzna. W słuchawce dało się słyszeć jak się podnosi.
- Och. No to do zobaczenia tato. - powiedział Haz już weselej.
- Tak, do zobaczenia. Cześć, Louis.
- Do widzenia.
I się rozłączył.
Spojrzałem na Harry'ego, który przez chwilę wpatrywał się w telefon. Zaraz obrócił się do mnie i uśmiechnął szeroko a w jego policzkach pojawiły się wspaniałe dołeczki. Również się uśmiechnąłem.
- Będę miał brata! - wykrzyknął rzucając mi się w ramiona. Objąłem go mocno i zaśmiałem się szczerze. Był taki szczęśliwy. Ucałowałem go we włosy i pozwoliłem wtulić się w moja szyję. - I tata przyjedzie! Poznasz go!
- Też się cieszę z tego powodu - przyznałem. Odsunął się ode mnie i usiadł na przeciwko po turecku. Chwilę przyglądał mi się jak mały kociak, aż w końcu się odezwał.
- A kiedy ja poznam twojego tatę? - spytał cicho a ja zrobiłem wielkie oczy. - Mamę znam. Ale o tacie nigdy nie wspominałeś. A ja nie pytałem... - szepnął patrząc na mnie intensywnie. Poczułem jak moje serce zaczyna bić szybciej. Fakt, Harry teraz po raz pierwszy spytał o mojego tatę. Spanikowałem. Nie wiedziałem co robić? Powiedzieć mu? Przecież nie zostawi mnie z takiego powodu, prawda? Byłem przekonany, że nie. Jednak myśl, że muszę mu powiedzieć tak brutalną prawdę sprawiała, że miałem ochotę się rozpłakać. Tata Harry'ego miał już narzeczoną, dziecko w drodze, miał dobrą prace, był wspaniałym człowiekiem... A mój? Nie, nie chodzi o to, że nic nie osiągnął czy się go wstydzę. Nie ma mowy, jestem z niego dumny ale... on jest w więzieniu. Jak Harry na to zareaguje? Nadal będzie chciał go poznać?
- Haz... - westchnąłem. Usiadłem pod ścianą i zachęciłem go, by usiadł między moimi nogami, jak zawsze. Objąłem go ramionami i oparłem podbródek na jego barku. Złożyłem tam delikatny pocałunek i przymknąłem oczy zanim znów zacząłem mówić: - To trudne, kochanie.
- Dlaczego? Stało się coś? - spytał troskliwie.
- Nie. To znaczy... tak. To znaczy... eh. Posłuchaj. Nigdy ci o nim nie mówiłem, bo... bo się bałem. Bo to dla mnie trudne. - Harry nie odzywał się nawet kiedy przestałem mówić na chwilę. Czekał cierpliwie, aż zacznę kontynuować i w tym czasie pocierał lekko moją dłoń na swoim brzuchu. - On jest w więzieniu. - poczułem jak mój chłopak się spina ale mówiłem dalej. - Widzisz... to długa historia...
- Chętnie posłucham. - wtrącił się ciepłym głosem. Od razu zrobiło mi się lepiej.
- Mój tata trafił do więzienia przeze mnie. - zacisnąłem powieki, by żadna łza się nie wydostała na powierzchnię. Harry siedział cicho. - Jest dla mnie tak samo ważny, jak twój tata dla ciebie. To również on jako pierwszy dowiedział się, że jestem gejem. Zaakceptował to i wspierał mnie. To się stało kiedy miałem osiemnaście lat, mieszkałem jeszcze w Doncaster. Tam już wszyscy wtedy wiedzieli o mojej orientacji. Niektórzy mieli to gdzieś, inni się przejmowali a jeszcze inni nienawidzili mnie za to. Tych ostatnich było znacznie mniej ale jednak byli. Było to czterech chłopaków z mojej szkoły. Rok starsi ode mnie. Byłem przez nich poniewierany. - mój głos zaczął się trząść. Harry nie wiedział o tym. Nigdy nie mówiłem mu jak to było w liceum. Zauważył jak się czuję i przekręcił głowę, by ucałować mnie w szczękę. Od razu zrobiło mi się lepiej. - Któregoś dnia byłem z tatą na mieście. No i oni się nawinęli. Nie wiedzieli, że to mój tata. Nazwali mnie dziwką a tatę moim sponsorem. Tata się wkurzył. Mówiłem mu, że mam problemy w szkole ale nie wiedział, że aż takie. Był naprawdę zdenerwowany. A oni jeszcze mu dokuczali. Prosiłem, żeby nie robił nic głupiego. Ale nie słuchał mnie. Rzucił się na nich z pięściami. Pobił ich. I to bardzo. - po moich policzkach spłynęły łzy. Nadal to wszystko mnie bolało.
- Lou... - szepnął Haz tuląc się do mnie jeszcze bardziej. - Nie płacz.
- Jeden do tej pory jeździ na wózku. Reszta pewnie ma się już dobrze ale... ten... on był w śpiączce przez miesiąc. Jeden miał złamane dwie ręce, drugi nogę i rękę, a ostatni miał poważne obrażenia wewnętrzne. Miałem tylko osiemnaście lat. Wiesz jak się bałem? Że stracę tatę... Trafiliśmy do sądu. Tata wziął wszystko na siebie. Powiedział, że to nie była moja wina, że ja nie mam nic z tym wspólnego, że starałem się go odciągnąć od nich, chciałem go powstrzymać a on mnie nie słuchał. - przełknąłem głośno. - Dostał osiem lat. A oni grzywnę za znęcanie się nade mną, tysiąc od każdego. Nie chciałem tego. Chciałem tylko, żeby wypuścili tatę a zamknęli mnie.
- Louis. - Harry odwrócił się do mnie. Ujął moja twarz w swoje dłonie i starł łzy z policzków. - To nie twoja wina. - szepnął.
- Moja, Haz. To przeze mnie tata jest w więzieniu. Przeze mnie ich pobił. Gdybym nie był taki jaki jestem nie doszło by do tego. - wychlipiałem nie patrząc mu w oczy.
- Kochanie, co ty mówisz? - Harry był przerażony. Pierwszy raz widział mnie takiego. Pierwszy raz słyszał takie słowa z moich ust. - To nie jest twoje wina. A gdyby była to musieliby cię zamknąć za bycie gejem. Chyba się tego nie wstydzisz, co? - spojrzałem na niego i w jego oczach zauważyłem łzy.
- Nie. Oczywiście, że nie, Harry. Dlaczego? - spanikowany ująłem jego dłonie. Przyglądaliśmy się sobie z załzawionymi oczami.
- Powiedziałeś, że gdybyś nie był taki jaki jesteś to nie doszłoby do tego. Czyli gdybyś nie był gejem... - powiedział Haz drżącym głosem.
- Nie, kochanie. Ja już sam nie wiem co mówię. Po prostu nie... mój tata... - zacząłem się jąkać i puściłem ręce Harry'ego. Wtedy on znów się do mnie przybliżył i położył swoje dłonie na mojej twarzy.
- Posłuchaj. To nie jest twoja wina. Nie możesz się o to winić. Tak naprawdę to wina tych kolesi. Twój tata działał w twojej obronie. W obronie swojego syna. Chronił cię, rozumiesz? Fakt, to nie było dobre posunięcie, żeby ich tak potraktować. Teraz jest efekt ale... powinieneś być dumny z taty, że się tak zachował. Że cię obronił. Kocha cię i pewnie nie chciał, by cię skrzywdzili tylko dlatego, że jesteś innej orientacji. Twoja orientacja nic tu nie zawiniła. Moim zdaniem to tylko ich wina. Sprowokowali twojego tatę. Dostali tylko grzywnę pewnie ze względu na ich stan zdrowia. Oni też powinni trafić do więzienia. Za prowokację i za to jak ciebie traktowali. To jest karalne, Lou. Ale sąd pewnie się nad nimi zlitował. Sam wiesz jakie mieli obrażenia. A twój tata jest nieźle silny. - mówiąc ostatnie zdanie uśmiechnął się. Byłem zdumiony jego słowami. On naprawdę tak uważał. Był taki mądry... Starał się mnie pocieszyć. Ale prawdą. Nie kłamał mnie, nie zmyślał. Mówił prawdę, mówił tak jak myślał. I myślał dobrze. Naprawił moje myślenie w jednej chwili kiedy to ja uważałem siebie za winnego przez te osiem lat.
- Dziękuję. - odpowiedziałem tylko i za chwilę poczułem jego usta na swoich. Od razu odwzajemniłem pocałunek. Po moim ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Jego wargi były takie kojące. Zanim zdążyłem musnąć językiem o jego szybko się odsunął. Przyjrzał mi się jeszcze raz i przetarł moje wilgotne policzki. W tej chwili to on zajmował się mną... i był cudowny.
- Twój tata to wspaniały człowiek, Lou. I nadal chcę go poznać. - rozwiał wszystkie moje wątpliwości dotyczące tej kwestii i automatycznie się uśmiechnąłem. - Co? Myślałeś, że się do niego zrażę? Nie ma mowy. Obronił cię, muszę go poznać. - wyszczerzył się do mnie po czym cmoknął mnie w policzek.
- A to się dobrze składa, bo on też chce cię poznać. - przyznałem a na twarzy Harry'ego pojawił się szok. Zachichotałem na ten widok.
- On o mnie wie?
- Oczywiście. Jesteś moim chłopakiem. Wie odkąd tylko jesteśmy razem. - uśmiechnąłem się do niego kiedy on się nad czymś zastanawiał.
- Odwiedzasz go? - spytał spokojnie. Już chyba wiedziałem do czego zmierzał.
- Tak. Wiesz... muszę ci o tym powiedzieć... Odkąd jesteśmy razem byłem u niego dwa razy. W pierwszy tydzień naszego związku i w ten czwartek. - powiedziałem spokojnie. - Kiedyś odwiedzałem go kilka razy w tygodniu i...
- W ten czwartek? - przerwał mi. - W ten kiedy nie było cię cały dzień a ja...
- Tak, w ten. Stęskniłem się za nim.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Że chcesz odwiedzić tatę... Gdybyś mi powiedział wszystko wyglądałoby inaczej. Dlaczego mi nie powiedziałeś? - w jego oczach znów pojawiły się łzy. Przestraszyłem się i wziąłem go szybko w ramiona.
- Haz, mówiłem, że to dla mnie trudne. Pewnie gdybyś dzisiaj o to nie spytał to długo bym zwlekał, żeby ci powiedzieć. Wiesz jakie miałem nastawienie do tego... ja się po prostu bałem. - wyszeptałem w jego włosy drżącym głosem.
- W porządku. Nie jestem zły. Rozumiem. - odparł spokojnie a mnie kamień spadł z serca.
- Cieszę się. - uśmiechnąłem się. - A on naprawdę chce cię poznać.
- Też chcę go poznać. - odwzajemnił uśmiech i ucałował mnie w kącik ust. - Miałeś osiemnaście lat, tak? A on dostał osiem. Czyli w tym roku wychodzi? - spytał ożywiony na co zaśmiałem się cicho.
- Tak, w grudniu. Przed świętami. - ucałowałem go w głowę.
- Dobrze. Cieszę się. - przyznał splatając razem nasze palce.
- Też się cieszę.
Pchnął mnie lekko na poduszki a sam usiadł na mnie okrakiem. Spojrzał na mnie z błyskiem w oku po czym wpił się w moje usta. Objąłem go za szyję a on błądził swoim dłońmi po moim brzuchu. I tak jak mu obiecałem spędziliśmy cały dzień w łóżku, w swoich objęciach. Zdecydowanie ten dzień mogę zaliczyć do udanych. Wieczorem jak zawsze obejrzeliśmy wspólnie film. Było to jakieś tanie romansidło, które Harry wybrał ale nie ważne. Ważne, że cały czas się uśmiechał.
Rozdział wydaje się długi ale jest krótki w sumie ze względu na dialogi. A one w tym rozdziale są potrzebne. Dowiecie się nieco więcej o Harrym i szczególnie o Lou. Dużo rozmów, heh...
Szybko mi się to pisało. Dwa dni? Tak myślę... chyba dlatego, że się stęskniłam i chciałam już napisać rozdział. Najlepiej chciałabym już napisać wszystko, całe opowiadanie. Taką po prostu mam chęć. Ale teraz boli mnie głowa wiec idę odpocząć. A Wy sobie czytajcie.
I prosiłabym o komentarze (pewnie Was to już wkurza). Chciałabym wiedzieć kto tutaj ze mną został i czy rozdział jest w porządku. Jeśli macie do mnie jakąś inną sprawę to wiecie gdzie pisać. TU. Lub pytania do postaci o których chyba już wszyscy zapomnieli... TU.
Rozdział dedykuje biednemu Loulou z którym nie wiadomo co się dzieje a ja tak bardzo się boję o niego...
ENJOY!!!
Niedziela, 15 lipca, 2012.
Ostre światło słoneczne przebijało się przez ciężkie zasłony i po chwili trafiło na moją twarz. Skrzywiłem się lekko mlaskając przy tym ustami i położyłem sobie dłoń na oczach. Zaraz dotarło do mnie śpiewanie ptaków i już wiedziałem, że nie zasnę. Przekręciłem się w stronę mojego chłopaka, plecami do światła, i po dłuższym zastanowieniu w końcu otworzyłem oczy. Pierwsze co zobaczyłem to nagie łopatki Harry'ego. Przesunąłem wzrokiem do góry, przez jego szyję i zatrzymałem się na jego czekoladowej czuprynie. Uśmiechnąłem się do siebie po czym przysunąłem bliżej niego i przełożyłem ramię przez jego pas kładąc dłoń na jego podbrzuszu. Poczułem jak się wierci i wypycha swoje nagie pośladki w moją stronę. Zachichotałem, bo to znak, że Haz nie śpi a ja mam dać mu spokój. Na przekór jego niemej prośbie ucałowałem go w ucho liżąc przy tym małżowinę.
- Tomlinson. - wymamrotał starając się uwolnić z mojego uścisku a ja próbowałem nie wybuchnąć śmiechem. Był taki uroczy.
- Tak, Styles? - wymruczałem mu do ucha na co spiął się lekko. Chwilę się nie ruszał oddychając spokojnie i kiedy już chciałem się odezwać on gwałtownie obrócił się do mnie moją dłoń zatrzymując na swoim biodrze.
Oczka miał zamknięte ale uśmiechał się słodko. Przysunąłem swoją twarz bliżej jego po czym złączyłem nasze czoła a nosem potarłem o jego. Zachichotał uroczo na co chwyciłem jego nagie udo i pociągnąłem na swoją nogę. Momentalnie otworzył oczy i zaczął mi się przyglądać. Jego oczy były tak niesamowicie zielone, że nawet najbardziej zielona, irlandzka trawa mogłaby się wstydzić. Nikt nie miał takich pięknych oczu jak mój chłopak. Każdego dnia zakochiwałem się w nim na nowo. A najpiękniejszy był kiedy się budził. Takiego go uwielbiałem; zaspanego z zarumienioną buźką, rozczochranymi loczkami i niewiarygodnie zielonymi oczami.
- Dzień dobry, kochanie. - szepnąłem prosto w jego usta po czym złączyłem je razem z moimi na dłuższą chwilą.
- Dobry, panie Tomlinson. - odparł nieco głośniej niż ja, kiedy oderwaliśmy się od siebie.
- Harry! - pisnąłem uderzywszy go lekko w ramię. Zachichotał a ja od razu mu wtórowałem. Uwielbiałem nasze wspólne poranki, bo wtedy był naprawdę szczęśliwy. Gdybym mógł to zostałabym z nim w naszym łóżku na zawsze jeśli tylko by się do mnie uśmiechał.
- Co jest, panie Tomlinson? - wyszczerzył się do mnie a ja udawałem zdenerwowanego chociaż tak naprawdę miałem ochotę głośno się śmiać.
- Nie mów tak do mnie. Czuję się staro. - jęknąłem wysuwając dolną wargę i robiąc smutne oczka. Uśmiech Harry'ego poszerzył się jeszcze bardziej.
- Lubię starszych. - odparł niskim głosem na co mój penis lekko drgnął. Nie teraz - pomyślałem.
- Wiem, skarbie. A ja młodszych. - odpowiedziałem starając się aby i mój głos zabrzmiał tak uwodzicielsko jak jego.
- Mmm... - przysunął się bliżej do mnie muskając swoim nosem mój obojczyk i wymruczał w moją klatkę piersiową. Objął mnie ramieniem w pasie a swoją stopę wsunął między moje łydki. Westchnąłem w jego włosy po czym ucałowałem go w nie. Był taki cieplutki a to, że wtulił się we mnie jak miś koala sprawiło, że moje powieki automatycznie opadły i znów poczułem się senny.
- Lou... - wyjęczał do mojej piersi. - Zostańmy dziś w łóżku. - poprosił cicho po czym zadarł swoją główkę do góry i spojrzał na mnie maślanymi oczkami. Już chciałem się odezwać kiedy on mi przerwał. - Wczoraj byłeś w pracy. Chociaż była sobota. Więc dzisiaj zostańmy tu i nic nie róbmy. - fakt, wczoraj musiałem iść do pracy, by odrobić piątek. Dziś więc mieliśmy jednodniowy weekend. - Proszę?
- No dobrze. - wyszczerzył się do mnie po czym cmoknął mnie w nos. - Ale zjemy śniadanie, w porządku?
Harry nie był zbytnio zadowolony moim warunkiem ale przystał na to pod wpływem moich ust na jego brzuszku. Nie powiem, że zdziwiło mnie to, gdyż Haz to osoba, która wiecznie mi przypominała o tym jak ważny jest posiłek rano. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Cały dzień możesz nie jeść ale zjedz chociaż śniadanie. - zawsze tak mówił kiedy wychodziłem do pracy bez posiłku. Dlatego też zdziwiłem się kiedy nie bardzo chciał zjeść razem ze mną. Ale nie drążyłem tematu. Uległ mi i właśnie szykował nam omlety co było najważniejsze.
Siedziałem przy stole i obserwowałem jak wrzuca na patelnie przeróżne składniki. Najpierw przyuważyłem pomidor, brokuły, kukurydzę, potem widziałem, że wkrajał szczypiorek a na koniec posypał jakimiś przyprawami. Byłem przekonany, że omlet jest już gotowy kiedy on złożył go na pół i smażył dalej z dwóch stron. Niecierpliwiłem się trochę ale widząc jak jego ciało porusza się delikatnie przy muzyce wydobywającej się z radia, zgodziłem się sam ze sobą, iż ten widok jest godny czekania na pyszne śniadanie. Haz zapewne nawet nie był świadom co robi jego ciało słysząc cichą muzykę. Byłem pewny, że robi to nieświadomie co sprawiało, iż jeszcze bardziej przekonywałem się, że mój chłopak jest urodzonym tancerzem.
Jak zwykle w takiej chwili zrobiło mi się smutno. Zapragnąłem, by wrócił na treningi i wciąż się rozwijał. Marzyłem o tym, aby kontynuował swoją pasję jednak jemu to już nie było w głowie. Nie rozumiałem tylko dlaczego. Przecież on kochał taniec. Tańczył od kiedy pamiętam. To znaczy, tańczył kiedy jeszcze nie byliśmy razem. Tańczył jak był małym chłopcem. I mogę się nawet założyć, że najpierw zaczął tańczyć a potem chodzić a jego pierwszym słowem był taniec. Tak, takie było moje przeświadczenie, taka była wizja przeszłości mojego chłopaka jeśli chodzi o jego pasję. Nie mogłem znieść myśli, że on już tego nie chce. A przecież zakochałem się w nim kiedy tańczył! Ale jeśli on naprawdę po prostu to rzucił to kim ja jestem, żeby mówić mu co ma robić?
Westchnąłem do siebie kiedy Haz wyłączył kuchenkę. Spojrzałem na niego jak wyjmował dwa talerze z szafki obok po czym kładzie je na stole po przeciwnej stronie, jeden przed moimi dłońmi. Obrócił się po patelnie, postawił ją na stole a omleta na niej przekroił na dwie części. Jedna połówka znalazła się na moim talerzu a druga na jego. Jeszcze podał mi szklankę soku i widelec i w końcu zajął swoje miejsce. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko a moje serce zatrzepotało na ten widok. Chciałbym już zawsze widzieć go takiego. Automatycznie w mojej głowie pojawiła się myśl, że dziś może stać się coś przez co Harry się rozpłacze lub po prostu później straci humor.
- Louis? - usłyszałem zmartwiony głos Harry'ego. Od razu uniosłem głowę ku górze i spojrzałem w jego piękne oczka.
- Hmm? - mruknąłem nadal będąc trochę zamyślonym.
- Stało się coś? - spytał smutnym tonem. - Nie smakuje ci? - przekręcił swoją główkę na prawo jak robią to małe kotki czy pieski na co na mojej twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech. Był taki słodki, a ja tak bardzo go kochałem.
- Nie, skąd. Po prostu się zamyśliłem. - odparłem po czym chwyciłem widelec, ułamałem kawałek omletu i włożyłem sobie do ust. Było pyszne, jak zwykle wszystko co mój Haz przygotował.
- Aofym? - zaciekawił się konsumując swoją część.
- Po pierwsze, nie jedz z pełną buzią. A po drugie, myślałem o tym jak bardzo kocham kiedy się uśmiechasz. - na moje słowa usta Harry'ego rozciągnęły się w szeroki łuk. Chciał się już odezwać kiedy spojrzałem na niego wymownie, by wpierw przełknął.
- Jesteś słodki. - odparł nachylając się do mnie przez stół. Ja szybko zrobiłem to samo po czym złączyliśmy nasze usta w słonym pocałunku.
Kiedy skończyliśmy śniadanie wróciliśmy do naszego łóżka. Haz ponownie zdjął z siebie bieliznę i nie zważając na mój cichy chichot wpełzł nagi pod kołdrę. Praktycznie od zawsze spał nago. Pamiętam naszą pierwszą wspólną noc kiedy mama wyrzuciła go z domu a ja oczywiście wziąłem go do siebie. Wtedy tak bardzo się krępował powiedzieć mi, że zawsze śpi nago. A ja następnego dnia pierwszy raz zobaczyłem go takiego.
Założyłem na siebie kolorowe szorty do spania i czarną bokserkę po czym wyszedłem z łazienki. Mój chłopak już wykąpany siedział w dresach na moim - teraz już naszym łóżku i bawił się swoimi palcami. Jego oczy nadal były podpuchnięte, gdyż przez cały praktycznie dzień płakał w moich ramionach. To co zrobiła jego mama naprawdę go zabolało a mnie bardzo wkurzyło. Jednak na razie postanowiłem nie mieszać się w ich sprawy.
Podszedłem do niego i usiadłem obok po czym objąłem go ramieniem. Ucałowałem go w skroń i zauważyłem, że na jego usta wpełzł delikatny uśmiech. Poprawiło mi to humor oczywiście. Nie mogłem patrzeć na jego smutek. Cieszyłem się, iż potrafię sprawić, że się uśmiecha.
- Hej, kochanie... już dobrze. Jestem przy tobie, tak?
- Mhm. - przytaknął nieśmiało. Mimo, że byliśmy ze sobą pół roku on nadal był wstydliwy w moim towarzystwie. Co oczywiście uważałem za urocze.
- Chodźmy już spać, dobrze? - zaproponowałem odsuwając się od niego. Położyłem się na brzegu łóżka, bo wiedziałem, że Haz lubi spać przy ścianie. Odkryłem kołdrę i zachęciłem go, by położył się obok mnie jednak on tylko spojrzał na mnie smutno.
- Co się dzieje, Harry? - spytałem zmartwiony. Wróciłem do pozycji siedzącej i chwyciłem jego cieplutkie dłonie w swoje. Uniosłem je do swojej twarzy i na wierzchu każdej złożyłem delikatny pocałunek a Harry uśmiechnął się na ten gest. - Posłuchaj mnie. Wiem, że jest ci ciężko, szkrabie. Twoja matka zachowała się podle, i w tej chwili naprawdę powstrzymuję się od skomentowania jej zachowania, bo nie chcę, żebyś wiedział jaką opinię mam o kobiecie, która dała ci życie, - na te słowa Harry zachichotał - ale masz mnie, tak? Jestem przy tobie, skarbie i już jej nie pozwolę więcej cię skrzywdzić. Kocham cię. - chłopak słysząc ostatnie dwa słowa gwałtownie uniósł głowę do góry. Pierwszy raz wyznałem mu miłość. Widziałem jak w jego oczach zbierają się łzy i słodko się do mnie uśmiecha.
- Ja ciebie też kocham, Louis. - przyznał po czym złączyliśmy razem nasze usta. Pocałunek trwał długą chwilę dopóki moja dłoń nie trafiła na bok Harry'ego i zaczęła go łaskotać a on zaczął mi się śmiać w usta. Opadł na poduszki a ja usiadłem na nim okrakiem. Chwyciłem jego nadgarstki i przyparłem je do pościeli nad jego głową.
- Kocham cię. Tak bardzo cię kocham... - szepnąłem w jego wargi i musnąłem je lekko. Po chwili wpatrywania się w jego oczy przeturlałem się na swoją stronę łóżka i zakryłem nas kołdrą po same szyje. Rozłożyłem ramiona, by Haz mógł wtulić się we mnie ale on patrzył na mnie lekko przestraszony.
- Co jest? - spytałem zatroskany. Harry w momencie spuścił wzrok na pościel i zaczął nerwowo bawić się jej kawałkiem. Zauważyłem, że jego policzki robią się mocno czerwone co sprawiło, że uśmiechnąłem się szeroko. Był taki słodki. - Hej. - szepnąłem przysuwając się do niego. - Jesteśmy razem, Harry. Kochamy się, tak? Nie musisz się mnie wstydzić. Chciałem cię tylko przytulić do snu. Pary tak robią, nie? - uśmiechałem się do niego przeczesując jego loki.
- To nie o to chodzi, Lou. - odparł ledwo słyszalnie. Ująłem między kciuk a palec wskazujący jego podbródek, uniosłem jego głowę do góry i spojrzałem w jego zawstydzone oczka.
- A o co?
- Bo widzisz, ja... ja śpię... po prostu tak lubię. Pewnie stwierdzisz, że to dziwne... czy coś... ale ja... po prostu, no... ja lubię, ja.. - zaczął się jąkać na co zachichotałem cicho po czym cmoknąłem go w nos.
- Po prostu powiedz mi o co chodzi, kochanie. To nie takie trudne. Mówimy sobie wszystko, pamiętasz? - uśmiechnąłem się do niego i kciukiem potarłem jego policzek. Harry pokiwał lekko głową po czym przymknął oczy i westchnął.
- Zawsze śpię nago. - odparł na jednym wdechu a mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. Harry był niemożliwie uroczy i wątpię, że istnieje osoba, która mogłaby go pokonać w tej niewinności.
- To w porządku. Mnie to nie przeszkadza. - przyznałem a on gwałtownie uniósł spojrzenie na mnie.
- Nie? - jego policzki pokryły się jeszcze większym szkarłatem.
- Oczywiście. Jeśli tak lubisz to proszę bardzo. Ja się dostosuję. - powiedziałem a następnie potarłem swój nos o jego. Harry zachichotał. - No już, możesz się rozebrać. - na te słowa Harry przymknął oczy i teraz też jego szyja zrobiła się czerwona. Zaśmiałem się głośno po czym usiadłem na nim okrakiem. Cały czas wpatrywałem się w jego ciekawskie oczka a dłońmi sunąłem w dół jego ciała, po bokach. Zatrzymałem się przy końcach koszulki i chwyciłem obiema rękami jej rąbek i pociągnąłem do góry zdejmując ją z niego. Moim oczom ukazał się cudownie wyrzeźbiony brzuch, który falował pod wpływem nerwowego oddychania chłopaka. Nachyliłem się do jego torsu i złożyłem mokry pocałunek w miejscu gdzie znajdowało się jego serce. Usłyszałem jak z jego ust wydobywa się cichy jęk i uśmiechnąłem się w jego skórę. Nachyliłem się do niego i wyszeptałem w jego wargi: - Jesteś taki piękny. - po czym ucałowałem je.
Harry zbytnio się wstydził, żeby na moich oczach się rozebrać do końca więc zszedłem z niego i położyłem się obok. On pod kołdrą zdjął z siebie dresy i bokserki a moje oczy się rozszerzyły. Za dużo sobie w tamtej chwili wyobrażałem i starałem się uspokoić swój organizm. Pomogła mi w tym myśl, że on dopiero miesiąc temu skończył osiemnaście lat a ja miałem mieć w tym roku, w grudniu dwadzieścia sześć. Był młodszy o te niespełna osiem lat rocznikowo, ale tak naprawdę to o siedem lat i ponad miesiąc.
Spojrzałem na niego a on uśmiechnął się do mnie słodko. Przyglądał się mi jak ja zdejmuje z siebie koszulkę i potem szorty. A kiedy zauważył, że moje bokserki również lądują na dywanie znów jego twarz pokryła się czerwienią. Przybliżyłem się do niego po czym ucałowałem w czoło a następnie rozłożyłem ponownie ramiona. Wahał się chwilę ale ostatecznie przylgnął do mojego boku głowę kładąc na mojej piersi. Czułem ciepło bijące od jego ciała i było mi tak przyjemnie z nagim Harrym tak blisko nagiego mnie. Nie mogłem uwierzyć w to co się właśnie działo. Objąłem go w pasie kładąc dłoń na jego biodrze a podbródek oparłem o jego główkę, nos chowając w pięknie pachnących lokach. On natomiast swoją dłoń ulokował na moim brzuchu. Nie mieliśmy nawet najmniejszego zamiaru się dotykać. Po prostu spaliśmy nago w swoich objęciach. Ucałowałem go jeszcze we włosy i mówiąc sobie ciche dobranoc poszliśmy spać.
A następnego ranka zobaczyłem go całego, nagiego.
Leżeliśmy w swoich objęciach bardzo długo. Byłem pewien, że kilka godzin. Wymienialiśmy się co chwila słodkimi buziakami czy uroczymi komplementami. Naprawdę nie chciałem wychodzić teraz z łóżka. Już nigdy. Harry był szczęśliwy więc ja też. Tak bardzo cieszyłem się widząc go takiego. On chował nos w zagłębieniu mojej szyi a ja głaskałem go po nagich plecach. Druga moja dłoń splątana była z jego. Czułem jak jego kciuk gładzi miejsce pomiędzy moim kciukiem a palcem wskazującym. Uśmiech nie mógł zejść mi z twarzy. Harry dawno taki nie był. Przez moją pracę, ciągły wspólny tres i psychologa nie mogliśmy sobie pozwolić na takie czułości. To znaczy, nie było czasu ani odpowiedniego momentu. Pocieszanie Harry'ego się nie liczy, bo to pocieszanie. A teraz po prostu byliśmy szczęśliwi. W tejże chwili. Bez żadnego pretekstu. Razem.
Usłyszałem jak na dole dzwoni telefon stacjonarny. Jęknąłem na to zdarzenie a Harry mi wtórował. Ten kto śmiał przerwać naszą piękną chwilę będzie gorzko tego żałował. Już miałem się podnieść kiedy Harry pociągnął mnie w dół za ramię. Bardziej się na mnie położył i przyparł do łóżka wszystkimi siłami jakie miał.
- Haz, a jeśli to coś ważnego? Jeśli to ktoś z pracy? - spytałem i w momencie telefon przestał dzwonić.
- Jejku, oddzwonisz. Teraz spędzasz miło czas ze swoim chłopakiem. - powiedział dumnie po czym ucałował mnie w pierś.
- No dobrze. - zgodziłem się. Harry już tak nie naciskał na moje ciało więc odprężyłem się. Czułem jak suwa swoimi ciepłymi paluszkami po moim torsie a mnie przeszedł przyjemny dreszcz... kiedy rozbrzmiał dzwonek telefonu Harry'ego. Rozejrzałem się po pokoju, by go znaleźć; leżał pod oknem balkonowym i kręcił się w kółko ze względu na włączone wibracje.
- Harry. - mruknąłem w jego włosy - To ktoś do ciebie, kochanie. Odbierz.
- Nie chce mi się. - uparł się trzymając się kurczowo mojego ramienia. Nie miałem jak wydostać się z jego uścisku więc leżałem i czekałem, aż dzwonek ustąpi. Po chwili jednak znów usłyszeliśmy refren "Paradise". Zdenerwowany Harry zwlókł się ze mnie i podreptał do telefonu kręcąc przy tym swoimi nagimi pośladkami na co zaśmiałem się głośno. Sięgnął po telefon a jego oczy nagle zrobiły się niesamowicie duże a uśmiech powiększył się tak bardzo, że chyba bardziej się nie da.
- Co jest? - spytałem siadając na łóżku z zamiarem podejścia do niego. - Kto to?
- To tata! - pisnął i za chwilę znalazł się obok mnie podrygiwując z podekscytowania.
- To odbierz! No już! - cieszyłem się razem z nim. Jego tata był w Irlandii razem z jego siostrą, pracowali tam. Ostatni raz Haz miał okazję rozmawiać z nim kilka miesięcy temu kiedy matka wyrzuciła go z domu a widzieli się prawie rok temu. Z Desmondem Harry jest chyba nawet bardziej związany niż z mamą. On jako pierwszy dowiedział się o odmienności syna i zaakceptował go. Nie to co Anne. I naprawdę chciałem w końcu poznać tego faceta.
Po chwili się uspokoił się a ja usiadłem za nim obejmując go w pasie. Przesunął kciukiem po ekranie i przyłożył telefon do ucha.
- Halo? - odezwał się drżącym głosem, widziałem, że się denerwował.
- Harry? Cześć, mały. Tata dzwoni. - odezwał się mężczyzna po drugiej stronie, zauważyłem, że na te słowa twarz Harry'ego robi się lekko różowa. Zachichotałem mu do ucha po czym ucałowałem je lekko.
- Tato! - jęknął niezadowolony tak samo jak ja kiedy powiedział do mnie po nazwisku. - Nie mów tak do mnie, jestem duży. - mruknął wiercąc się w moich ramionach. Szeptem poprosiłem go, by włączył na głośnomówiący.
- Tak, wiem. - zaśmiał się mężczyzna. - Więc co u ciebie, maluchu? - w jego głosie dało się słyszeć, że się uśmiecha. Harry oblał się jeszcze większym rumieńcem a ja z trudem starałem się nie roześmiać. - Okej, w porządku, już nic nie mówię. - odezwał się kiedy Haz nic nie mówił. - Co słychać?
- W porządku. - odpowiedział Harry uśmiechając się delikatnie. Tak naprawdę to nie było w porządku. Jasnym dla nas było co ostatnio się dzieje, szczególnie z Harrym, ale wiedziałem, że chłopak nie powie tego tacie. W sumie to on pewnie uważa, że to nic takiego, że nie musi go o tym informować. Więc dla Harry'ego jest w porządku.
- Co u mamy? - spytał delikatnie mężczyzna jakby bał się poruszać ten temat. Wiedział co się stało.
- Nie wiem. - odpowiedział Harry po dłuższej chwili. Jego głos już nie był taki pewny jak kilka sekund wcześniej.
- Spokojnie, kochanie. - poprosiłem cicho ucałowawszy go w policzek. Rozluźnił się.
- Och, dobrze. - mruknął Desmond. Czułem, że był zły na siebie o to pytanie. - Ej, słyszę tam kogoś. Czyżby to Louis? - zaciekawił się radosnym głosem. Haz od razu poprawił się na miejscu a na jego buźkę wtargnął słodki uśmiech. Ja też się rozpromieniłem. - Louis tam z tobą jest?
- Tak, wiesz... my... spędzaliśmy miło czas dopóki ktoś nam nie przerwał. - zachichotał Harry. Cieszyłem się na ten widok i bardzo chciałem, by zostało tak do końca dnia.
- Ach tak? Przerwałem w czymś ważnym? - odparł zadziornie mężczyzna. Z ust mojego chłopaka znów wydostał się cichy śmiech. Podziwiałem w nich to, że tak swobodnie rozmawiają na takie tematy. W sumie mój tata też taki był.
- Tak, Lou właśnie mnie rozbierał i...
- Harry! - pisnąłem zażenowany a w odpowiedzi dostałem dwa głośno śmiechy. - To nie tak, proszę pana. Harry zmyśla. Tylko się przytulaliśmy. - odparłem zawstydzony. Czułem się jakbym znów miał siedemnaście lat.
- Po pierwsze, witaj Louis. A po drugie, to twoja sprawa co robisz z moim synem w łóżku.. - powiedział ciepło i tym razem to moja twarz pokryła się purpurą a Harry starał się zdusić w sobie śmiech.
- Dzień dobry. - odpowiedział troszkę pewniej. - I my z Harrym nic nie robiliśmy, naprawdę. - starałem się przytrzymać moją wersję jako tę prawdziwą.
- Dobrze, już dobrze. - zaśmiał się Des i ja w końcu też się uśmiechnąłem. - A tak w ogóle to miło cię poznać. W końcu. - tak, to było nasze pierwsze "spotkanie".
- Wzajemnie. - odparłem z uśmiechem. - Cieszę się, że Harry ma takiego tatę.
- A ja się cieszę, że mój syn ma takiego chłopaka. Jest z tobą szczęśliwy, prawda?
- Oczywiście. - przyznałem dumnie. - Szczęśliwy, bezpieczny i czegokolwiek jeszcze zechce.
- Ej, ja tu ciągle jestem. - zaśmiał się Haz a my mu wtórowaliśmy.
- W porządku. Więc... dzwonię, Harry, po to by coś oświadczyć. - zaczął poważnie Desmond.
- Co się stało? - przeraził się mój chłopak jednak szybko go uspokoiłem pocałunkiem w głowę.
- Nic strasznego, tak naprawdę. A przynajmniej dla mnie. I wydaje mi się, że dla ciebie również. Okej, prosto z mostu. Będziesz miał braciszka, Harry. Jennifer jest w czwartym miesiącu ciąży. - zaćwierkał do telefonu. Jennifer to narzeczona Desmonda od jakichś dwóch lat. Na tę informacje moje oczy rozszerzyły się do granic możliwości a Harry zatkał usta dłonią. - Harry? Jesteś tam? - zaniepokoił się Styles.
- Ja, um... tak. Tylko... wow. Tato, zaszalałeś! - zaśmiał się Harry co i u mnie wywołało cichy śmiech.
- Hah, no tak. W końcu się nam udało. - ucieszył się mężczyzna. - Dowiedzieliśmy się dopiero niedawno kiedy Jenni zaczęła się źle czuć a jej brzuszek był jakiś dziwnie większy. - zaśmiał się a Haz odpowiedział tym samym. - Jestem taki szczęśliwy. To już moje trzecie dzieło. - tym razem to ja się zaśmiałem.
- Mam pan power. - powiedziałem z uśmiechem a Harry wtulił się w mnie.
- Tak, też tak sądzę. Jenni miała pięćdziesiąt procent szans na zajście w ciąże ale ma przecież przy sobie stuprocentowego mężczyznę więc udało się nam! - ucieszył się. Słychać było, że był naprawdę szczęśliwy a Harry razem z nim. Zawsze marzył o braciszku i o to ma - osiemnaście lat młodszego.
- Jennifer to fajna babka, tato. - powiedział Harry z uśmiechem i rumieńcami. Desmond odpowiedział mu chichotem. - Naprawdę się cieszę i gratuluję wam.
- Dzięki, maluchu. - o dziwo Harry nic nie powiedział na ten epitet. Ciągle się uśmiechał.
- Tęsknie za wami... i za Gemmą. - odezwał się teraz nieco mniej pogodnym głosem.
- My też tęsknimy, maluchu. - przyznał ojciec. - Chciałbym cię teraz przytulić, wiesz? Tak dawno tego nie robiłem...
- Przyjedźcie! - zaproponował rozentuzjowany. - Są wakacje! Przyjedźcie, proszę. Wszyscy najlepiej.
- Harry... - zaczął spokojnie Desmond. Widziałem jak z buźki Harry'ego znika uśmiech. Był przygotowany, że ojciec powie nie. - Masz rację. Jak tylko znajdziemy kilka dni wolnych to od razu jesteśmy w Londynie. - powiedział radośnie a Harry znów się rozpromienił.Tak długo się nie widzieli, że to jasne, iż się bardzo ucieszył.
- Naprawdę? Jejku! Już się nie mogę doczekać! Poznasz w końcu Lou, tak na serio! - zapiszczał do słuchawki a ja nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Haz, spokojnie. - zachichotałem mu do ucha.
- Tak, ja też się cieszę. To widzimy się niedługo, tak?
- Już kończysz? - Harry posmutniał.
- Tak. Jestem w pracy a moja przerwa zaraz się kończy - westchnął mężczyzna. W słuchawce dało się słyszeć jak się podnosi.
- Och. No to do zobaczenia tato. - powiedział Haz już weselej.
- Tak, do zobaczenia. Cześć, Louis.
- Do widzenia.
I się rozłączył.
Spojrzałem na Harry'ego, który przez chwilę wpatrywał się w telefon. Zaraz obrócił się do mnie i uśmiechnął szeroko a w jego policzkach pojawiły się wspaniałe dołeczki. Również się uśmiechnąłem.
- Będę miał brata! - wykrzyknął rzucając mi się w ramiona. Objąłem go mocno i zaśmiałem się szczerze. Był taki szczęśliwy. Ucałowałem go we włosy i pozwoliłem wtulić się w moja szyję. - I tata przyjedzie! Poznasz go!
- Też się cieszę z tego powodu - przyznałem. Odsunął się ode mnie i usiadł na przeciwko po turecku. Chwilę przyglądał mi się jak mały kociak, aż w końcu się odezwał.
- A kiedy ja poznam twojego tatę? - spytał cicho a ja zrobiłem wielkie oczy. - Mamę znam. Ale o tacie nigdy nie wspominałeś. A ja nie pytałem... - szepnął patrząc na mnie intensywnie. Poczułem jak moje serce zaczyna bić szybciej. Fakt, Harry teraz po raz pierwszy spytał o mojego tatę. Spanikowałem. Nie wiedziałem co robić? Powiedzieć mu? Przecież nie zostawi mnie z takiego powodu, prawda? Byłem przekonany, że nie. Jednak myśl, że muszę mu powiedzieć tak brutalną prawdę sprawiała, że miałem ochotę się rozpłakać. Tata Harry'ego miał już narzeczoną, dziecko w drodze, miał dobrą prace, był wspaniałym człowiekiem... A mój? Nie, nie chodzi o to, że nic nie osiągnął czy się go wstydzę. Nie ma mowy, jestem z niego dumny ale... on jest w więzieniu. Jak Harry na to zareaguje? Nadal będzie chciał go poznać?
- Haz... - westchnąłem. Usiadłem pod ścianą i zachęciłem go, by usiadł między moimi nogami, jak zawsze. Objąłem go ramionami i oparłem podbródek na jego barku. Złożyłem tam delikatny pocałunek i przymknąłem oczy zanim znów zacząłem mówić: - To trudne, kochanie.
- Dlaczego? Stało się coś? - spytał troskliwie.
- Nie. To znaczy... tak. To znaczy... eh. Posłuchaj. Nigdy ci o nim nie mówiłem, bo... bo się bałem. Bo to dla mnie trudne. - Harry nie odzywał się nawet kiedy przestałem mówić na chwilę. Czekał cierpliwie, aż zacznę kontynuować i w tym czasie pocierał lekko moją dłoń na swoim brzuchu. - On jest w więzieniu. - poczułem jak mój chłopak się spina ale mówiłem dalej. - Widzisz... to długa historia...
- Chętnie posłucham. - wtrącił się ciepłym głosem. Od razu zrobiło mi się lepiej.
- Mój tata trafił do więzienia przeze mnie. - zacisnąłem powieki, by żadna łza się nie wydostała na powierzchnię. Harry siedział cicho. - Jest dla mnie tak samo ważny, jak twój tata dla ciebie. To również on jako pierwszy dowiedział się, że jestem gejem. Zaakceptował to i wspierał mnie. To się stało kiedy miałem osiemnaście lat, mieszkałem jeszcze w Doncaster. Tam już wszyscy wtedy wiedzieli o mojej orientacji. Niektórzy mieli to gdzieś, inni się przejmowali a jeszcze inni nienawidzili mnie za to. Tych ostatnich było znacznie mniej ale jednak byli. Było to czterech chłopaków z mojej szkoły. Rok starsi ode mnie. Byłem przez nich poniewierany. - mój głos zaczął się trząść. Harry nie wiedział o tym. Nigdy nie mówiłem mu jak to było w liceum. Zauważył jak się czuję i przekręcił głowę, by ucałować mnie w szczękę. Od razu zrobiło mi się lepiej. - Któregoś dnia byłem z tatą na mieście. No i oni się nawinęli. Nie wiedzieli, że to mój tata. Nazwali mnie dziwką a tatę moim sponsorem. Tata się wkurzył. Mówiłem mu, że mam problemy w szkole ale nie wiedział, że aż takie. Był naprawdę zdenerwowany. A oni jeszcze mu dokuczali. Prosiłem, żeby nie robił nic głupiego. Ale nie słuchał mnie. Rzucił się na nich z pięściami. Pobił ich. I to bardzo. - po moich policzkach spłynęły łzy. Nadal to wszystko mnie bolało.
- Lou... - szepnął Haz tuląc się do mnie jeszcze bardziej. - Nie płacz.
- Jeden do tej pory jeździ na wózku. Reszta pewnie ma się już dobrze ale... ten... on był w śpiączce przez miesiąc. Jeden miał złamane dwie ręce, drugi nogę i rękę, a ostatni miał poważne obrażenia wewnętrzne. Miałem tylko osiemnaście lat. Wiesz jak się bałem? Że stracę tatę... Trafiliśmy do sądu. Tata wziął wszystko na siebie. Powiedział, że to nie była moja wina, że ja nie mam nic z tym wspólnego, że starałem się go odciągnąć od nich, chciałem go powstrzymać a on mnie nie słuchał. - przełknąłem głośno. - Dostał osiem lat. A oni grzywnę za znęcanie się nade mną, tysiąc od każdego. Nie chciałem tego. Chciałem tylko, żeby wypuścili tatę a zamknęli mnie.
- Louis. - Harry odwrócił się do mnie. Ujął moja twarz w swoje dłonie i starł łzy z policzków. - To nie twoja wina. - szepnął.
- Moja, Haz. To przeze mnie tata jest w więzieniu. Przeze mnie ich pobił. Gdybym nie był taki jaki jestem nie doszło by do tego. - wychlipiałem nie patrząc mu w oczy.
- Kochanie, co ty mówisz? - Harry był przerażony. Pierwszy raz widział mnie takiego. Pierwszy raz słyszał takie słowa z moich ust. - To nie jest twoje wina. A gdyby była to musieliby cię zamknąć za bycie gejem. Chyba się tego nie wstydzisz, co? - spojrzałem na niego i w jego oczach zauważyłem łzy.
- Nie. Oczywiście, że nie, Harry. Dlaczego? - spanikowany ująłem jego dłonie. Przyglądaliśmy się sobie z załzawionymi oczami.
- Powiedziałeś, że gdybyś nie był taki jaki jesteś to nie doszłoby do tego. Czyli gdybyś nie był gejem... - powiedział Haz drżącym głosem.
- Nie, kochanie. Ja już sam nie wiem co mówię. Po prostu nie... mój tata... - zacząłem się jąkać i puściłem ręce Harry'ego. Wtedy on znów się do mnie przybliżył i położył swoje dłonie na mojej twarzy.
- Posłuchaj. To nie jest twoja wina. Nie możesz się o to winić. Tak naprawdę to wina tych kolesi. Twój tata działał w twojej obronie. W obronie swojego syna. Chronił cię, rozumiesz? Fakt, to nie było dobre posunięcie, żeby ich tak potraktować. Teraz jest efekt ale... powinieneś być dumny z taty, że się tak zachował. Że cię obronił. Kocha cię i pewnie nie chciał, by cię skrzywdzili tylko dlatego, że jesteś innej orientacji. Twoja orientacja nic tu nie zawiniła. Moim zdaniem to tylko ich wina. Sprowokowali twojego tatę. Dostali tylko grzywnę pewnie ze względu na ich stan zdrowia. Oni też powinni trafić do więzienia. Za prowokację i za to jak ciebie traktowali. To jest karalne, Lou. Ale sąd pewnie się nad nimi zlitował. Sam wiesz jakie mieli obrażenia. A twój tata jest nieźle silny. - mówiąc ostatnie zdanie uśmiechnął się. Byłem zdumiony jego słowami. On naprawdę tak uważał. Był taki mądry... Starał się mnie pocieszyć. Ale prawdą. Nie kłamał mnie, nie zmyślał. Mówił prawdę, mówił tak jak myślał. I myślał dobrze. Naprawił moje myślenie w jednej chwili kiedy to ja uważałem siebie za winnego przez te osiem lat.
- Dziękuję. - odpowiedziałem tylko i za chwilę poczułem jego usta na swoich. Od razu odwzajemniłem pocałunek. Po moim ciele rozeszło się przyjemne ciepło. Jego wargi były takie kojące. Zanim zdążyłem musnąć językiem o jego szybko się odsunął. Przyjrzał mi się jeszcze raz i przetarł moje wilgotne policzki. W tej chwili to on zajmował się mną... i był cudowny.
- Twój tata to wspaniały człowiek, Lou. I nadal chcę go poznać. - rozwiał wszystkie moje wątpliwości dotyczące tej kwestii i automatycznie się uśmiechnąłem. - Co? Myślałeś, że się do niego zrażę? Nie ma mowy. Obronił cię, muszę go poznać. - wyszczerzył się do mnie po czym cmoknął mnie w policzek.
- A to się dobrze składa, bo on też chce cię poznać. - przyznałem a na twarzy Harry'ego pojawił się szok. Zachichotałem na ten widok.
- On o mnie wie?
- Oczywiście. Jesteś moim chłopakiem. Wie odkąd tylko jesteśmy razem. - uśmiechnąłem się do niego kiedy on się nad czymś zastanawiał.
- Odwiedzasz go? - spytał spokojnie. Już chyba wiedziałem do czego zmierzał.
- Tak. Wiesz... muszę ci o tym powiedzieć... Odkąd jesteśmy razem byłem u niego dwa razy. W pierwszy tydzień naszego związku i w ten czwartek. - powiedziałem spokojnie. - Kiedyś odwiedzałem go kilka razy w tygodniu i...
- W ten czwartek? - przerwał mi. - W ten kiedy nie było cię cały dzień a ja...
- Tak, w ten. Stęskniłem się za nim.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Że chcesz odwiedzić tatę... Gdybyś mi powiedział wszystko wyglądałoby inaczej. Dlaczego mi nie powiedziałeś? - w jego oczach znów pojawiły się łzy. Przestraszyłem się i wziąłem go szybko w ramiona.
- Haz, mówiłem, że to dla mnie trudne. Pewnie gdybyś dzisiaj o to nie spytał to długo bym zwlekał, żeby ci powiedzieć. Wiesz jakie miałem nastawienie do tego... ja się po prostu bałem. - wyszeptałem w jego włosy drżącym głosem.
- W porządku. Nie jestem zły. Rozumiem. - odparł spokojnie a mnie kamień spadł z serca.
- Cieszę się. - uśmiechnąłem się. - A on naprawdę chce cię poznać.
- Też chcę go poznać. - odwzajemnił uśmiech i ucałował mnie w kącik ust. - Miałeś osiemnaście lat, tak? A on dostał osiem. Czyli w tym roku wychodzi? - spytał ożywiony na co zaśmiałem się cicho.
- Tak, w grudniu. Przed świętami. - ucałowałem go w głowę.
- Dobrze. Cieszę się. - przyznał splatając razem nasze palce.
- Też się cieszę.
Pchnął mnie lekko na poduszki a sam usiadł na mnie okrakiem. Spojrzał na mnie z błyskiem w oku po czym wpił się w moje usta. Objąłem go za szyję a on błądził swoim dłońmi po moim brzuchu. I tak jak mu obiecałem spędziliśmy cały dzień w łóżku, w swoich objęciach. Zdecydowanie ten dzień mogę zaliczyć do udanych. Wieczorem jak zawsze obejrzeliśmy wspólnie film. Było to jakieś tanie romansidło, które Harry wybrał ale nie ważne. Ważne, że cały czas się uśmiechał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)